I im mniej było dzieci, tym więcej przyjeżdżało białych, żeby je ratować.
— Cóż, Klu-Klu — mówi Maciuś — stało się tak, jak chciałaś. Biali pokochali Murzynów, przyjeżdża ich coraz więcej. A wielu mówi, że już zostaną na zawsze. Jutro przybędzie statek z kinematografem i gramofonami. W każdej chacie wisi portret białego króla. Czy nie uważasz, Klu-Klu, że nawet małpy już są mniej dzikie, niż były?
Tak było w istocie. Wszyscy dobrze wiedzą, że małpy lubią naśladować: co widzą, zaraz robią to samo. Dopóki nie było białych, łaziły po drzewach, patrzyły na ludożerców. Teraz ośmieliły się, chodzą po obozie, patrzą na białych.
I dentysta przysłany do obozu przez związek dentologów przysięgał na wszystkie świętości, że widział orangutana z dwoma złotymi, plombowanymi zębami.
— A mnie małpa ukradła brzytwę do golenia — powiedział fryzjer przysłany przez koło kobiet, bo uczył młodzież używać wodę kolońską i czesać się grzebieniem.
W krótkim przeciągu czasu zrobiono istotnie wiele.
— Cóż, Klu-Klu, jesteś zadowolona?
— A ty nie, Maciusiu?
Maciuś westchnął. Cieszył się, że dopomógł dzieciom murzyńskim, ale mu żal wyspy bezludnej i — prawdę trzeba powiedzieć — tęsknił do białych dzieci.
Bo tak znów ciągle tylko — czarne i czarne.