— Nie szkodzi: przyzwyczai się. Kajdany możesz mu zdjąć: nie ucieknie. — Roześmiał się i wyszedł.
— Ej, chłopak — mówi więzień — nie udawaj no. Przecież ciebie nie bili.
— Oj, boli! — jęknął Maciuś, bo się bał podstępu.
— Głupiś: pomalowany jesteś tylko. Dozorca zabronił ci mówić. Ale to tylko dla naczelnika. Żeby wszystko robić, jak każą, to by tu nikt roku nie przeżył. Muszą używać sposobów. Dla słabszych i chorych mamy lekkie koszyki i farbę zamiast rózeg. Po głosie możemy poznać, kto naprawdę krzyczy. Niejednego się dowiesz, jak tu pobędziesz. Za co cię tu wsadzili?
— Za wielkie zbrodnie. Chciałem dać dzieciom prawa i dlatego wielu ludzi zabili.
— Ilu — trzech — czterech?
— Więcej niż tysiąc.
— Tak, tak, mój synu, często tak jest, że człowiek chce jedno, a wyjdzie całkiem inaczej. I ja byłem kiedyś małym chłopakiem, chodziłem do szkoły, mówiłem pacierz, a ojciec, jak z roboty wrócił, przynosił cukierki. Nikt się nie rodzi w kajdanach. Dopiero ludzie nałożą na ciebie żelaza.
I jakby na potwierdzenie tych słów, brzęknął łańcuchami.
I ostatnią myślą Maciusia, zanim zasnął, było: