Z początku dokuczali Maciusiowi gapie. Staną, patrzą, palcami pokazują:
— O, Maciuś idzie.
— Patrz, to król Maciuś.
Ale gapie tacy już na świecie, że długo niczym się nie zajmą. Bawi ich wszystko, co nowe, co pierwszy raz widzą. Byle głupstwo ich zajmie, ale tylko na krótko. Więc prędko się odczepili — już nie widzą nawet Maciusia. Ważna rzecz: taki sam chłopak jak każdy. Tak samo idzie do fabryki z manierką, a wieczorem zasmolony wraca do domu.
Za to spokojni i porządni coraz bardziej szanują Maciusia. I często starsi robotnicy witają go pierwsi, a jedna dziewczynka co dzień przechodząc, tak przyjemnie uśmiecha się do niego i miłym głoskiem mówi:
— Dzień dobry!
Maciuś jej nie zna, nie wie, jak się nazywa. A tak jakby znał dawno, bo co dzień spotyka, domyśla się, że jest dobra i miła.
I staruszkę co dzień spotyka. Nie wie Maciuś, dokąd idzie, co niesie w koszyku. Ale lubi staruszkę, bo tak wolniutko idzie — zatrzyma się, zakaszle — takim dobrym wzrokiem patrzy na Maciusia, jakby błogosławiła albo dziękowała za coś.
Próbowali w fabryce dawać Maciusiowi łatwiejszą robotę, ale nie chciał.
— Jeżeli jestem za słaby, więc132 poszukam innego miejsca133. A jak jestem, robić będę, co134 wszyscy. Nie chcę być wyjątkiem.