Albo ukazać się nagle wśród tłumu i krzyknąć: „Do broni!”. Uzbroić ludność, aresztować zagranicznych posłów, okopać miasto — i raz jeszcze szczęścia spróbować.
Albo iść do pałacu i oznajmić: „Jestem Maciuś Pierwszy”. Niech wyślą na wyspę bezludną.
Albo być nadal chłopcem na posyłki — i czekać.
Była czwarta droga: udać się do smutnego króla. Ale tego Maciuś nie zrobi.
„Zaczekam — postanowił wreszcie. — Przecież coś stać się musi”.
A tymczasem służy. Rano otwiera i zamiata sklep, chodzi z koszykiem na targ, w piecu napali, kartofle obierze, paczki odnosi.
— Weź, Janek, pięćdziesiąt serdelków i dziesięć funtów kiełbasy, zanieś do restauracji na ulicę Nową. Dawniej nazywała się ulicą Maciusia Reformatora.
— Wiem — mówi Maciuś.
Idzie, niesie koszyk. Ale na ulicy jakiś ruch niezwykły. Jakieś niby wojsko, niby policja — kręcą się, zatrzymują przechodniów: i dorosłych, i dzieci.
Patrzy Maciuś — na murze nowe ogłoszenie. Dużymi literami: „Pięć milionów nagrody”.