Minister poznał Maciusia po głosie. Drgnął — spojrzał — ciężarek półfuntowy wypadł mu z ręki.

— Niech wasza kró...

Maciuś położył palec na ustach.

— Ach, co ja plotę... Dajcie mi ciężarek... Albo nie... Niech mi pan subiekt przyniesie papierosy... Niech pani kasjerka obliczy pieniądze, czy wszystko w porządku.

A Maciusiowi daje znak, by wszedł do składu za sklepem.

— Jak może mnie wasza królewska mość narażać na niebezpieczeństwo — mówi szeptem. — I tak już mam za swoje. Byłem ministrem, teraz jabłka sprzedaję. Tu nawet imienia króla wspominać nie wolno; a gdyby się tylko dowiedzieli... Proszę, błagam waszą królewską mość, żeby więcej do mnie nie przychodził, bo inaczej, szczerze przyznaję, będę zmuszony donieść o wszystkim policji. To trudno: mam żonę, dzieci — nie mogę unieszczęśliwiać rodziny.

— Ależ ja się chciałem tylko dowiedzieć...

— Tak, ale ja nie wiem i nic nie powiem — przerwał minister. — Mogę dać funt, no, trzy funty jabłek czy gruszek, ale nic więcej.

— Nie po jałmużnę przyszedłem — odpowiedział Maciuś wyniośle i wyszedł.

Biedny król-tułacz. Już nie ma ochoty zwracać się do innych ministrów. Mija tydzień i dwa. A im dłużej się zastanawia, tym wyraźniej widzi, że tylko takie drogi zostały: