— Tymczasem mogą spać na podłodze. Przecież są jeszcze dzicy i im wszystko jedno.

— A co będą jedli? — pyta się Maciuś. Przecież kucharze chodzą do szkoły.

— Tymczasem mogą jeść surowe mięso. Przecież są jeszcze dzicy i im wszystko jedno.

Klu-Klu nie lubiła tracić czasu i zaraz po obiedzie miała pierwszą lekcję. A tak zrozumiale tłomaczyła202, że po czterech godzinach już trochę wiedzieli i zaczęli uczyć dziesiętników.

I byłoby wszystko dobrze. Ale wpada znów konny posłaniec, że dzieci otworzyły przez nieostrożność klatkę z wilkami w zoologicznym ogrodzie — i wszystkie wilki wyleciały. W mieście ludzie tacy nastraszeni, że nikt nie chce wyjść na ulicę.

— Nawet mój koń nie chciał jechać, aż musiałem go bić żelazną szpicrutą — mówił posłaniec.

— A po co było wypuszczać wilki?

— To nie wina dzieci — mówi konny posłaniec. — Dozorcy poszli do szkoły, a nic nie powiedzieli dzieciom, które ich miały zastąpić, że klatki otwierają się na mechaniczne rygle. Więc one nie wiedziały i otworzyły.

— A ile było wilków?

— Dwanaście. A najgorszy jeden. Zupełnie nie wiem, jak go teraz złapać?