Idzie Maciuś, idzie Klu-Klu i jeszcze dziesięć Murzynów204. A ludzie stoją w oknach i patrzą. A na ulicy nie ma ani jednego człowieka. Puściusieńkie zupełnie. Sklepy pozamykane. Tak, jakby całe miasto wymarło.
Aż wstyd było Maciusiowi, że biali tacy tchórze.
Ale doszli do ogrodu — i zaczęli bić w kotły i dąć w piszczałki. Hałas, jakby całe wojsko szło. A tam były takie krzaki, taki gąszcz.
— Stać! — zawołała Klu-Klu — przygotować łuki. Tam się coś rusza.
Wybiegła Klu-Klu, skoczyła na drzewo — i ledwo złapała się gałęzi, a tu na nią takie wielkie wilczysko. Oparł się wilk, pazurami drapie pień drzewa i wyje, a tamte mu odpowiadają.
— To ich przewodnik — krzyczy Klu-Klu. — Teraz już tamte możecie zapędzić do klatki. Obejdźcie krzaki i z tamtej strony je wystraszcie.
Tak też zrobili. Wilki przestraszone pędem uciekają, ci strzelają do nich z łuków, ale niedużymi strzałami, biją mocno w te swoje bębny. Jeden z prawej strony, drugi z lewej. I nie przeszło pięciu minut, jak jedenaście wilków siedziało w klatce.
Zaraz zamknęli klatkę. A ten dwunasty zobaczył, że został sam jeden, więc dał susa i gdzieś popędził.
Klu-Klu zeskoczyła z drzewa.
— Prędzej — krzyczy — nie dać mu uciec z ogrodu.