Nie spał tej nocy nikt ani w obozie Maciusia, ani jego wrogów.

Jedni czyścili karabiny, inni pisali listy do domu i żegnali się z najbliższymi.

Cisza była zupełna, tylko ogniska się paliły.

A w tej ciszy mocno biły serca żołnierzy.

Świt.

Jeszcze szaro było, kiedy armaty strzelać zaczęły do pustych rowów Maciusia. Strzelają, strzelają, a w obozie Maciusia śmiech.

— Psujcie225 proch, psujcie — mówili, śmiejąc się, żołnierze.

Stoi Maciuś na wzgórzu i patrzy przez polową lornetę, co się dzieje.

— O, już idą.

Jedni biegną, drudzy ostrożnie czołgają się — coraz nowi i nowi wychodzą z rowów — z początku bojaźliwie, potem trochę odważniej. Jednych zachęca cisza w okopach Maciusia, a drugich niepokoi.