Zerwało się nagle w górę dwadzieścia aeroplanów — i prosto na miasto, na stolicę. Niestety, Maciuś nie miał więcej, jak pięć, bo że dzieci najciekawsze były aeroplanów, więc podczas swej gospodarki najwięcej ich napsuły.

Zaczęła się zajadła bitwa powietrzna, w której strącono sześć nieprzyjacielskich, ale spadły lub zmuszone były do lądowania aeroplany Maciusia.

Początek bitwy odbył się tak, jak przewidywali na radzie wojennej.

Nieprzyjaciel zajął przednie okopy — i rozległ się okrzyk tryumfu:

— Aha, uciekli. Zlękli się. Nie mają armat. O, jak prędko uciekli: nawet wódeczki nie zdążyli nabrać.

Ten i ów odkorkował flaszkę.

— Dobra, skosztujcie.

Piją, śmieją się, hałasują, gotowi tu przenocować.

— Po co się spieszyć, kiedy i tak dobrze.

Ale młody król powtarzał uparcie: