Ja: — Co? (gruby — szorstki głos).

— Ona jej zabrała wszystko.

Helcia patrzy na Jurka (Jurek na Helcię).

— Ona — ta dziewczynka grzeczna.

Haneczka wydziela 8 sześcianków. Jurek dokłada swój dziewiąty.

Haneczka w hazard — dokłada.

— Wszystkie już jej oddałam, Jurku, już wszystkie jej oddałam.

(Łzy mam w oczach).

Zaczynam od mego: „co?” — tego jednego wyrazu, który powiedziałem, a który był szorstki, obcy i duchem, i dźwiękiem wszystkiemu, co tu się odbywało. Dzieci się rozumiały, ja udawałem, że nie rozumiem; moje komórki mózgowe, moje struny głosowe, cały ja ze swą przeszłością, gdzie tyle było — wszystko to było uosobieniem brudu i fałszu wobec cudnego misterium dźwięków, tonów zwiewnych, srebrnych. Nie ma tu miejsca na naukowe rozumowania, jest nastrój, jest święta rozmowa uczuć, których nie ma bodaj prawa dotykać nauka. Rozważać będę, ale krzywdzę tym siebie...

Jurek siadł na foteliku Helci przy stoliku Helci. Helcia patrzy na Jurka. To niemożliwe, żeby ona myślała — ona tylko czuje. Ona żałuje długich chwil, kiedy siedziała przy tym stoliku, z dala od dzieci, patrząc na nie z boku. Ale to już minęło i nie wróci. Opuściła swe gniazdko ciche — ile przecierpiała — ale już nie wróci. Teraz usiadł tam Jurek, ten Jurek, który ją pchnął przed paru dniami. Helcia mu przebacza, oddaje mu swój port cichy, chatkę ustronną. Jest w niej żal za tym, co nie powróci.