— Tu bliżej — na krześle.

— Po co?

— No to niech pan przy piecu opowiada.

Niby nic, a ile w tym treści.

Z trzech bajek: o kopciuszku, o kocie w butach i Aladynie — wybiera tę, która jest mu najbliższa: tam do biednego chłopca przychodzi czarodziej i swoją cudowną lampką wpływa na losy, tu — lekarz nieznany (oficer) zjawia się nagle i zabiera z przytułku, w bajce na szczerozłotych półmiskach Murzyni niosą przysmaki, tu Walenty daje obwarzanki.

„Ale niech pan siądzie” — mówi Stefan szeptem. To mi tłumaczy, dlaczego dzieci skupiają się przy bajce, chcą być blisko opowiadającego: ja powinienem przy nim siedzieć. Moje pytania: „gdzie — po co?” — gniewają go. Uczucie zażenowania nie pozwala mu się zwierzać. To jest już skutkiem naszej deprawacji, że dziecko bezwstydnie mówi: „ja ciebie tak lubię, ja chcę być blisko, smutno mi, jaki ty dobry”. Stefan wstydził się podpisać pod listem do brata: całuję, kochający...

Stefan mówi podczas śniadania:

— Pan zamiast sam jeść obwarzanki, mnie daje.

Odpowiadam: mhm — i on już nic nie dodaje.