Bo kiedy chłopiec wyjeżdżał na kolonie, ojciec był bez roboty...

Niektórzy z niepiśmiennych nie mieli zaufania do dozorcy, woleli, żeby im napisał kolega. Kolega napisze, co mu się każe, a dozorca gotów donieść rodzicom, że on wczoraj w kąpieli szedł na środek rzeki, gdzie głęboko, lub goniąc wiewiórkę, nos sobie podrapał. Lepiej ostrożnym być z władzą.

I kolega, rozpytawszy o stosunki rodzinne, pisze jak z książki:

„Po pierwsze jestem zdrów i kłaniam się dziadzi i kłaniam się bratu i kłaniam się siostrze i kłaniam się małemu bratu Motce i kłaniam się całej rodzinie. Bądźcie zdrowi i jem pięć razy dziennie i kłaniam się Abramkowi i kłaniam się cioci i kłaniam się wujaszkowi jednemu i drugiemu”.

Kolega odczyta list, okazuje się, że wszystko w porządku.

— Proszę pana, już napisałem.

I kontent: wysyła pierwszy list w życiu...

W czwartym tygodniu pisze karty dozorca:

„Proszę oczekiwać syna na dworcu w czwartek, dnia 20 lipca, o godzinie dwunastej w południe”.

I dodaje na końcu: