Przeszło trzy wiorsty31 iść trzeba do orłowskiego lasu. Pierwszy krótki spoczynek w brzezinie, drugi na łące przy plancie kolejowym, a trzeci na polu zasianym koniczyną.
Siedzimy koło drogi i kurz nam się sypie w śniadanie.
— Idźta dzieci na pole, bo tu kurz — mówi chłop.
— Jakże iść na pole, kiedy koniczyna zasiana — toć podepczą.
— Co tam mają po bosemu podeptać? Idźta dzieci, to moje pole, ja pozwalam...
Chłopie polski! A spójrz na tych chłopców uważnie, toż to nie dzieci przecież, a bachory żydowskie, których w mieście nie wpuszczą do żadnego ogrodu, woźnica biczem spędzi z ulicy, przechodzień zepchnie z trotuaru, a stróż miotłą zgoni z podwórza. To nie dzieci, to Mośki; więc nie spędzisz ich spod wierzby przydrożnej, gdzie zasiedli, a na pole własne zapraszasz?
Chłop uśmiecha się do dzieci łagodnie, życzliwie, a dzieci ostrożnie chodzą po koniczynie, żeby dużej szkody gościnnemu nie zrobić gospodarzowi.
I rozpytuje się, co chłopcy robią w domu, w Warszawie, i objaśnia, gdzie najwięcej w lesie „jagodów”.
A „jagodów” w lesie orłowskim jak piasku i wielkie, czerwone poziomki. Myśleli chłopcy, że to maliny.
— Za godzinę obiad przywiozą.