I Tyrman, i From, i mały Górkiewicz układają ładne bukiety, a brzydki Anszel uzbierał same śmiecie — nie śmiecie, ale brzydkie kwiaty i liście.
Ale kiedy mu się podobały, cóż to chłopcom szkodziło? A jednak wydarli mu bukiet i rozrzucili. Anszel płakał.
Kiedy człowiekowi dorosłemu jest smutno, wie, że smutek przejdzie i znów będzie wesoło. Kiedy dziecko płacze, zdaje mu się, że już zawsze będzie płakało, że zawsze będzie nieszczęśliwe.
Anszelowi w zamian za utracony bukiet dawano kiść białego bzu, ale Anszel nie chciał; może myślał, że nie wart pięknego kwiatu, który tak ślicznie pachnie, a może bał się że biały bez znów mu przyniesie łzy.
Chłopcy nie wiedzieli, że Anszel nie urodził się złym ani kłótliwym; był naprzód tylko brzydki i słaby, nikt nie chciał się z nim bawić i dlatego przestał lubić kolegów, i wolał wyrzucić agrest, a nie dał nikomu.
Kiedy później Anszel zaczął się uśmiechać, nie był już tak brzydki; ale przyjaciela nie miał biedny chłopiec. Czasem tylko Sikora zagrał z nim w domino.
Sikora jest także chory, ale chłopcy go lubią i chętnie z nim się bawią, bo wiedzą, że Sikora jest chory, a o Anszelu myślą, że tylko blady i kłótliwy.
Sikora dawno jest już chory. Pewnie mieszkał kiedyś w wilgotnym pokoju, pewnie bolały go bardzo nogi, pił gorzkie lekarstwo — pewnie kładli mu lód na serce, a kiedy wreszcie ból i gorączka przeszły, Sikora nie przyszedł do zdrowia.
Znów bóle i gorączka się powtórzyły, Sikora prędko — prędko oddycha i bardzo kaszle.
— Boli — mówi cicho i chce się uśmiechnąć, bo nie wierzy, że można na kolonii chorować.