— Ja wiem, pan Mieczysław miał 40 groszy w rękawie.

Pan Mieczysław zawinął wysoko rękawy i sztukę raz jeszcze na żądanie króla powtórzył...

Kurtyna opuściła się jak w teatrze, rozebrano tron, bo potrzebny był pod kotły z zupą do obiadu. Po obiedzie dalszy ciąg zabawy...

Koncert.

Najprzód odczytano specjalny numer gazety „Michałówki”, potem Geszel grał na skrzypcach, potem był śpiew bardzo ładny, potem Turczynka opowiedziała bajki: jedną bajkę bardzo straszną, a drugą taką śmieszną, że sam król nawet śmiać się raczył; wreszcie Ojzer Płocki deklamował swoje własne wiersze. Jeżeli w koncercie brakowało fortepianu, to tylko dlatego, że fortepianu na kolonii nie ma, a gdyby nawet był, to nikt na nim grać nie potrafi. Ale i tak koncert był bardzo wspaniały, bo Turczynka opowiadała bajki.

Turczynką jest Aron Najmajster — ma na głowie wielki półksiężyc, w uszach półksiężyce, siedzi na dywanie po turecku, a obok niego na stoliku pali się świeca i odbija się w lustrze, i można nawet myśleć, że palą się dwie świece.

Po koncercie chłopcy pobiegli do lasu, żeby odpocząć po zabawie, opowiadać sobie wzajem, co widzieli i słyszeli, i co będzie po kolacji. Bo po kolacji będą jeszcze żywe obrazy, a że nikt nie wie, co znaczy żywe obrazy, więc na pewno jest to coś okropnie ciekawego.

Po kolacji ciemno się zrobiło. Siedzą wszyscy na ławkach jak w teatrze. Na pierwszych ławkach malcy, na dalszych — starsi, a reszta na stołach.

Kurtyna idzie w górę, ale jeszcze nic nie widać. Dopiero kiedy czerwony bengalski ogień35 oświetlił obraz, wszyscy doskonale wszystko widzieli.

Pierwszy obraz: