Iii... Znów bez sensu...

Byłem młody — jeździłem z dziećmi na kolonie. A teraz sam... Tak... Tempora cavant lapidem5. Więc sam, zdezelowany. — Teraz zaciszny dworek wiejski — pensjonat — mleczko zsiadłe, książka, jajko prosto od krowy na miękko.

Pragnę, też pragnę w góry. — Na przyszły rok? — Kupiłem dwa tomy mineralogii, żeby się przygotować. — Geologia — nie narty. Skały, granity, formacje, monolity... Nie narty. — Bo co?

Nawet młodzi też. — Sporty:

Idę do nich w zimie (do znajomych) w odwiedziny. Dzwonię. Służąca otwiera drzwi. — „Zastałem pana?” — „Nie: jest w szpitalu chirurgii urazowej, bo samochód zarzucił”. — „A pani jest?” — „Nie wróciła jeszcze — leży w górach — nogę złamała”. — „A dziecko?” — „Poszedł z boną do doktora, zwichnął na saneczkach staw żebrowy”.

Zapewne. Nęcą góry i wołają. Chciałoby się porozmawiać z kamykami, bo nie umiem z ludźmi. — Nie, żebym miał nie chcieć, ale jakiś defekt wrodzony.

Bo na przykład trzy lata temu w pensjonacie. Postanowiłem od zaraz pierwszego dnia nawiązać życzliwe kontakty. — Wychodzę na werandę. — Uśmiecham się uprzejmie, przedstawiam się — tak i tak — i mówię: „Ładną mamy pogodę”. — A ona: „Proszę głośniej”. — Więc ja drugi raz — głośniej: „Ładną mamy pogodę”. — A ona prosi jeszcze głośniej. — Niezręcznie jakoś trzy razy powtarzać, że — oczywiście — pogoda. — Zapewne, drobiazg — ale speszyło na samym wstępie. — A potem mówią, że odludek.

No dobrze. — Więc dwa lata temu, też w pensjonacie, jestem już ostrożniejszy. — Wychodzę dopiero na śniadanie. Ale sąsiadce przy stole spadła na ziemię łyżeczka. — Nachylam się szybko, uprzejmie pod stół, podnoszę; ale stuknąłem głową w tacę Marysi, a dziewczyna widocznie niezwyczajna z tacą, więc — gibnęły się filiżanki z kawą ze śmietanką — i sąsiadka syknęła: „Niepotrzebnie się pan fatygował”. — I pobiegła zmienić białą sukienkę. — Też drobiazg, ale zniechęciło. — Bo nie moja wina, a niby niedołęga.

W zeszłym roku jeszcze mniej pochopny. — Ale przed wieczorem już same mnie zagadnęły — pani i młoda panienka. — (Kawy nie ma, obie słyszą). — „Pogodne będzie lato, wieś nie to, co miasto”. — I pytam się — licho skusiło — pytam się z miłym uśmiechem tej starszej: „Czy to — pani córeczka?” — No! Ona oczy zmrużyła — wiatr północny — i: „Czy ja wyglądam na matkę takiej dorosłej panny?”

I zaraz nazajutrz siedzę na ławeczce z córeczką mecenasowej (rozgarnięta, rozmowna dziewczynka), pokazuje ona tę panią z daleka paluszkiem i mówi: „O — ta pani, co tam idzie — powiedziała na pana, ale ja nie powtórzę. Bo u nas — chłopcy ulepili też ze śniegu — bałwana. Pan kierownik pochwalił, że ładny. Udał się bałwan...”