— Prenumeruję. W zimie czasem przejrzę, ale więcej tylko prasę popieram. — Za mądre. Wolę książki. — Tak, panie, kryzys inteligencji. Potrzebny nam jakiś taki prowizoryczny instruktorski kurs racjonalnej realizacji eksploatacji i interpretacji regestracji.
Zamilkliśmy. Zamyśliliśmy się.
— O, widzi pan. Ten chłopiec mały z kijem idzie. Matka mówi, że żywy. Powinien go pan poznać bliżej. Okaz.
— Pewnie nie ma apetytu?
— Zgadł pan. Od urodzenia. — Czy u was naprawdę trzeba dzieci namawiać do jedzenia?
Cisza. — Przystanąłem. — Zwróciliśmy się twarzą ku polu i łąkom. — Pierwszy dzień. — Wieś. — Ładnie. — Patrzę. — Cicho.
— Co to za drzewo? — Co to za ptak śpiewa? — Jak to to się nazywa? — pytam się.
A on uprzejmie, łagodnie, życzliwie:
— „Widzi pan?” — „Gdzie?” — „Tam na łące, ooo, to, co się tam porusza? Ma cztery nogi i rogi, i ogon?” — „Widzę”. — „To są, uważa pan profesor — to, to — to są krowy”. — „Krowy?” — „Taaak”. — „Wiem. Pan sądzi, że nie znam, nie widziałem?”
Uśmiechnął się i powiada: