A bardzo, bardzo dawno — w ogrodzie raz — bawi się koło ławki (na ławce w ogrodzie siedziałem, a na sąsiedniej jego ciocia). Spodobał mi się chłopaczek, podobny do cioci, też ładny; więc mówię: „Dzień dobry, kawalerze”. — On zdziwiony odchodzi parę kroków, zmarszczył brwi, piłkę trzyma pod pachą, patrzy i nic. — A ciocia jego: „Dlaczego nie odpowiadasz? Pan ci mówi dzień dobry — brzydki jesteś”. — On wzruszył wzgardliwie ramionami i: „Co mam odpowiadać, nie znam go: obcy jakiś człowiek”.
To było bardzo dawno. Już wtedy zarysował się, ale jeszcze tak nie pogłębił się rozdźwięk młodzieżowy. (No i byłem wówczas bardziej frapujący niż dziś...)
Drugie spotkanie z przedszkolakiem koło klombu. Był sam. Oglądam bratki. On do mnie: „Daj cukierek”. — Ja nic: oglądam żółte bratki. On: „Co ty tu robisz, czy pan doktór ma zegarek, bo ja mogę nakręcić”. — Mówię: „Nie ma głupich”. — On mówi: „Nie wolno kwiatów zrywać”. — Ja: „Wiem”. — A on: „No, to poczęstuj cukierkiem”. — Odpowiadam niedbale: „Gdybym nawet miał cukierki, też nie nosiłbym ich, tylko trzymał w pokoju”. — A on: „No, to idź i przynieś, ja mogę tu poczekać”. — Mówię: „Nie zrozumiałeś mnie; to był tryb warunkowy; nie mam cukierków, czekoladę mam”. — Zdziwił się, ale skłonny do zgody, mówi: „Nie szkodzi, czekoladę ja też mogę zjeść”. — „Nie wątpię, że możesz, gdybym ci dał, ale nie dam”. — „Dlaczego?” — „Bo smaczna: wolę sam zjeść”. — Długo ważył moją odpowiedź, a ja dalej oglądam żółte bratki. Odszedł kilka kroków i pyta się: „Dasz?” — Ja szorstko: „Nie”. — A on: „Jesteś głupi”. — Ja: „Jesteś gbur”. — „Ty sam gbur”. Takeśmy8 się przemówili. Uderzył kijem bratki i poszedł.
Trzeci raz spotkaliśmy się w cienistej (zdaje się, grabowej) alejce. Idę, pies obok, on za mną. Zrównał się ze mną i pyta: „Pan ma scyzoryk?” — „Nie”. — „A wieczne pióro?” — Nie”. — Cisza.
Z lewej strony pies, z prawej on, ja w środku. (I cienista aleja). Uderzył kijem w liście i mówi: „Ja co wezmę do ręki, to zepsuję”. — „Bardzo możliwe”. — Cisza. — Pies, ja, on. — „Czy ja jestem grzeczny?” Ja: „Nie wiem, nie znam ciebie, jesteś obcym człowiekiem”. Zdziwił się: „Ja jestem człowiekiem?” — „No: masz dwie nogi”. — Cisza. — „Kura też ma dwie nogi”. — „Ale nie ma rąk, kura ma pierze i dziób”. — „No, tak” — zgodził się. Pies (ten stary, czarny, z białymi łatami), cisza wiejskiego wieczora i ja. A on znów: „Czy jestem grzeczny?” Zatrzymałem się, zlustrowałem go od stóp do wierzchołka, pomyślałem dłuższą chwilę i: „Nie wiem, jeszcze ciebie nie poznałem”. — „Pozna mnie pan, ja jestem urwanie głowy, ja każdemu daję się we znaki; do mnie można mówić jak do ściany, do mnie trzeba mieć końskie siły”. — „Ooo”. — „Tak: jestem żywy i jestem skaranie, i żywy, i trudne dziecko, i utrapienie, i jestem wykapany ojciec”. — „Kto ci to powiedział?” — „Mamusia, moja matka. Bo mamusi głowa pęka; pan nie wierzy?” — „Czemu nie? Wierzę”. — „Ja mamusię wpędzę do grobu, a tatuś mówi (mój ojciec), że jestem numer i unikat”. — „Numer, śmiem sądzić, istotnie jesteś, ale, niestety, nie unikat”. — Zlekceważył moją niską, zjadliwą uwagę i ciągnie dalej z odcieniem smutku: „Nic ze mnie nie wyrośnie; będę ulicznikiem i bandytą”. — „Iii, kto ci to powiedział?” — „Dziewczyna9: przeze mnie trzy dziewczyny już odeszły; ale matka tylko jednej żałuje, bo dobrze gotowała: ją czarna krew zalała”. — „Przez ciebie?” — „Mhm. Niech pan patrzy: tu wczoraj skaleczyłem się; ale na mnie wszystko osycha jak na psie, i złego diabli nie wezmą. Czy ładnie tak mówić?” — „A kto tak mówi?” — „Mój ojciec wykapany; prawda, że mam ładne oczy?” — „Nie wiem: nie jestem okulistą”. — „Wszystkie ciocie mówią... i będę łamał życie”. — „Nie rozumiem”. — „Ja też nie rozumiem. Ale ja w każdy kąt wlezę, na dach też: to cud, że jeszcze się nie zabiłem, ja wszystko wiem; a pan doktór, ty też wszystko wiesz?” — „Nie, ja bardzo mało wiem, choć też z niejednego pieca wódkę piłem”. — „I ja piłem wódkę, ale szczypie i trzeba się przyzwyczaić, piwo gorzkie; ale mężczyzna musi się przyzwyczaić. Ja jestem człowiek?” — „No, tak: człowiek, istota nieznana10”. — „Ja wiem, która jest prawa ręka (nieładnie lewą rękę podawać). A ja jednemu panu wysmarowałem spodnie miodem i stłukłem binokle11. Zawsze pytał się, czy kocham więcej mamusię, czy jego”. — „A ty co?” — „Mówiłem, że kocham, jak będą grzeczni”. — „A on?” — „Śmiał się, bo ja wiecznie tylko małpuję, żeby się śmiali. A ty lubisz małpować, żeby się z ciebie śmiali?”
— Nienawidzę.
No i mama woła go spać; a on: „Schowaj mnie”. — „Ani myślę”. — „To bez łaski: będę latał jak opętany”.
Jak rzekł, tak uczynił. Potem rzucił się na piasek, tarza się, aż pies powąchał go, kichnął i odszedł zgorszony. — A kiedy („Jak ty wyglądasz, do czego podobny, co pomyślą, wstyd”), kiedy już szedł się myć — wyrwał się mamie, zawrócił, podał prawą rękę i: „Ja tak tylko wariowałem — dobranoc panu doktorowi”.
On może naprawdę unikat? — Wlazł przez okno do pokoju, rozsypał mi tytoń. (Lepiej, że zająłem słoneczny pokój na pierwszym piętrze z trzcinowym fotelem).
No, ale finał rozegrał się na polance pod sosną na leżaku.