Może młodzi nie bardzo nawet wierzą. Bo dziwnie pomyśleć, że się będzie takim jak ojciec. Inaczej sobie wyobrażają.

Ach, marzenia młodości!

Przyjemnie w cichym pokoju albo w łóżku myśleć o tym, co będzie. Marzyć o podróżach i przygodach, że się jest sławnym wodzem albo rozdaje biednym pieniądze, że się jest uczonym, poetą, śpiewakiem albo skromnym nauczycielem, szanowanym i kochanym przez ludzi.

Marzy się, że nie wszystko się udawało, że były przeszkody, trudności, nawet walki i niebezpieczeństwa. Ale przeszkody są przyjemne w marzeniach, bo dzięki nim dłuższa jest bajka samemu sobie opowiadana, bo można w każdej chwili zwyciężyć i dobrze się skończy.

Pytałem się raz w klasie: czym kto chce być. Jeden chłopiec powiedział:

— Czarnoksiężnikiem.

Zaczęli się śmiać. Chłopiec zawstydził się i dodał:

— Będę pewnie sędzią jak mój tatuś; ale pan się przecież pytał, czym chcę być.

I taki właśnie śmiech, a potem i przezwiska uczą nieszczerości i ukrywania. Przecież każde marzenie jest jakby bajką czarnoksięską.

A pożyteczne i ważne są marzenia. Nie od razu wie człowiek, do czego się ma przygotować. Rozmaicie układa, aż z dziesięciu różnych marzeń jeden program życia układa.