Znałem chłopca, który pół roku zbierał pieniądze na futbol29 i trepki30, a potem oddał dwanaście złotych mamie, bo zachorowała.

Wiele zmartwień mają biedni w szkołach, bo nawet bezpłatne szkoły dużo kosztują.

Wygodnie uczniowi, któremu na początku roku rodzice kupują wszystkie potrzebne książki i zeszyty, i pantofle gimnastyczne, i teczkę — i chętnie płacą składki.

Bo przykro prosić, jeżeli rodzice nie mają.

Jeden wyrywa stronice zeszytu, a zaplamiony zeszyt wyrzuci i nawet nikt nie wie; nie obchodzi go, że zgubił ołówek. Drugi pisze małymi literami, żeby na dłużej starczyło.

Są tacy, którzy mają własny pokój albo przynajmniej stolik z szufladką na kluczyk, albo półkę. Mogą spokojnie odrabiać lekcje. Są tacy, którzy zmarzniętą ręką przy ciemnej lampce na kiwającym się stole piszą niedobrą stalką31, bladym atramentem na tanim, lichym papierze.

Nie każdy przed pójściem do szkoły jadł śniadanie. Może nawet niegłodny, bo się przyzwyczaił, ale zmęczony jakiś, senny i głowa go boli.

Czasem jeden ma wszystko, a niechętnie się uczy, drugi chce się uczyć, a rodzice mówią, że dosyć, że już czas zabrać się do pracy zarobkowej.

Długo myślałem, że każdy uczeń chce być starszy; dopiero się przekonałem, że nie. A jeżeli chcą być duzi, to żeby zarabiać i pomagać rodzicom, żeby się mama nie męczyła.

Mówi się: