„Nędzarz, biedak, ubogi, niezamożny, zamożny, bogacz, magnat”.
Różne są stopnie nadmiaru i braku. Ale można inaczej jeszcze podzielić ludzi: na takich, którzy mają, ile potrzeba, i takich, którzy wydają więcej, niż zarabiają.
Może ojciec zarabiać dziesięć złotych dziennie i rodzina spokojnie sobie żyje, a mogą być nieszczęśliwi, chociaż wydają pięćdziesiąt złotych na dzieci. Rodzice mogą być ubodzy, a weseli, i mówią o rzeczach przyjemnych; mogą być zamożni, a nerwowi, rozdrażnieni, zagniewani i skłopotani.
Zupełnie jak jeden dostaje pięć groszy na cukierek i rzadko chodzi do kina, a drugiemu nawet złotówka za mało i myśli, skąd wziąć więcej.
Może dlatego dorośli nie zawsze chętnie chcą wytłumaczyć, bo myślą, że to za trudne, i młodzi zrozumieć nie mogą.
Mylą się. Dziecko chce wiedzieć i ma prawo wiedzieć, bo zmartwienie rodziców nawet więcej je boli. Zresztą w rodzinach ubogich wiedzą dzieci, dlaczego raz jest cały obiad, a raz tylko chleb i herbata mało cukrzona, wiedzą, ile kosztuje zelówka i nowa czapka. Wiedzą, że lepiej, gdy ojciec nawet mniej zarabia, ale zarobek jest pewny.
Bo najwięcej smutku, gdzie raz uda się dostać nawet więcej, a potem długo już — nic i nic. Bezrobocie — to wielkie nieszczęście.
Nieprzyjemnie, jeżeli się umie lekcję, a nauczyciel nie wywoła, ale gorzej, gdy się umie i chce pracować, a tymczasem gorszy pracownik znajdzie zajęcie, a ty siedź bez roboty.
Daję teraz ważne prawidło życia:
„Miły, dobry chłopcze, nie pij wódki, nie pij tej trucizny przeklętej!”