A o Tyrteuszu jutro wam przeczytam albo kiedyś (jeżeli chcecie).

UWAGA

Pozostawiam domyślności Czytelnika intencję tej audycji. — Nie wiem, niestety, czy udała się. — Zrozumiał mnie chłopiec. Mówi: „Sport — ciało, Tyrteusz — poeta, duch”.

Moje porady

Dziwią się ludzie i mają za złe, że niby poniekąd lekarz i nie chcę radzić. Ale co: jeżeli wiem, jakie dać lekarstwo, nie wiem, co za choroba; jeżeli znam chorobę, nie wiem, jak leczyć. Wiem co, nie wiem ile i kiedy, przed czy po jedzeniu, na mleku czy na rosołku z kurki. — Już wiem i zapisałem; a mamusia: czy będą komplikacje, czy nie rozwinie się na przykład gruźlica. — Więc ja (do zaniepokojonej): gruźlica? — Chyba nie; ale gdyby nawet, rozejdzie się, wyrośnie. Pocieszam.

Zaraz pierwszego tu dnia pyta się mamusia: że synek skórę na słońcu oparzył. — Ano: rozpoznanie; ułatwione zadanie. — „Piecze? — Piecze. — Boli? — Boli”. — Mówię: „Pilnuj się, bo w przebiegu tego niedomagania często wynikają bójki. Kolega ciebie w plecy albo po koleżeńsku położy rękę na ramię — zaboli, i ty go w łeb, i wróg — awantura”. — A mama: „Czy można wazeliną? — Czemu nie, można. — Albo pudrem? — Można. — Albo maść cynkowa? — Nie zaszkodzi. — Albo krem? — Czemu nie: waniliowy. — Rozejdzie się — wyrośnie — do wesela zgoi się, do rozwodu”. (A ja skąd mogłem wiedzieć, że jego mama akurat rozwodzi się?) — Obrażona.

Próbowały mamusie — porady higieniczne: że nie tknął obiadu. — „Czym, palcem nie tknął? — Nie jadł. — Aha — zapewne nie był głodny”. Pytam się: „Byłeś głodny czy nie?” A on: „Jeszcze jak. — Więc? — Bo byłem głodny i lubię barszcz, i siadam, i biorę łyżkę, i mama poprawia mi włosy, i przysuwa talerz, i mówi: Jedz — jedz, taka dobra zupka, musisz zjeść; dlaczego mama obrzydza mi jedzenie?”

Drugi znów: ma często brzuszek i rozwolnienie. — Leczyła go u różnych lekarzy i powag; już brał różne proszki, krajowe konsylia i obcokrajowe mikstury. — Co robić? — „A wie pani, taki mi się przypomniał przypadek podobny (kubek w kubek) — też chroniczny, też chłopak. — A on raz gazetę zjadł — nie całą, bo mu zdążyła wyjąć palcem z buzi, ale kawałek zjadł (papier, farbę, druk). — I nie otruł się, i gazeta wyszła (bez przeczyszczenia nawet), tylko dieta — i pomogło: fakt. Zdrów”. (Chroniczny).

Rozeszła się w pensjonacie pogłoska, że leczę zaburzenia przewodu pokarmowego wiadomościami politycznymi gazety.

Ano dobrze. — Ostatnia już próba: porada pedagogiczna. — „Co z nim robić?” — Nie odmawiam: sąsiedzka przysługa. Posadziłem mamusię na trzcinowym krześle, jego na stole, sam na stołku. I mówię: