— Po nich wszystkiego się można spodziewać.

— Ja wiem. Ale nie ona. Tak się do mnie tuliła. „Wsią pachniesz” — mówi. — I w głowę — i w oko („w oczko”, mówi), i w twarz, i w szyję...

— Podejrzane, sąsiedzie. Przecież my już nie tacy młodzi.

— Mówiła, że młodych nie lubi, bo natrętni. Zresztą — pięćdziesiąt lat — to jeszcze nie tego — nie taki znów wiek!

— A ile było w portfelu?

— Bagatela: nawet nie całe pięćset.

— Sama nie wiem, jak to się stało. Zaraz na dworcu. Taki uprzejmy. Pyta się: do kogo, po co? Powiada, że trzeba być bardzo ostrożną. Aż żenująco usłużny. — Już nawet nie jak znajomy, ale — przyjaciel. — Ten kapelusz on mi właśnie doradził.

— Ale pomyśl: przecież to jednak okropne.

— Ja też mu tak powiedziałam. Bo trzeba ci wiedzieć, żem zaczęła65 strasznie płakać, aż mnie wodą cucił. I tak właśnie mówię: „To przecież okropne”.

— A on?