— I Ameryka?
— I Ameryka. Im rynki potrzebniejsze niż nam.
— Bo ja wiem. Może radca... Ale nie w dwadzieścia cztery godziny.
— A jak w tydzień, to źle? Przecież oni lata całe — te niedołęgi — safanduły — Grabscy84 — Skrzyńscy85 — lata całe — i co? Nic. — A można w tydzień. — Można!
— Myślicie, że ja już wcale? Tylko dom, dzieci, sieroty? A co się tyczy tego, to już nic? — Przepraszam. — Wiem, co się dzieje na świecie. — Widzę. — Zresztą codziennie kurierek. — Od deski do deski. — Nekrologi, wypadki, ogłoszenia — a nawet i wstępny niekiedy. — Więc wiem. — Bo nie wolno się zasklepiać. — Jestem okuran86. — Od deski do deski.
Mógłbym tak jeszcze długo.
Ale dosyć...
Kryzys — papier — czytelnik sam resztę w duszy dośpiewa...
Pisałem w m.st. Warszawie.
Sylwester 1925–1926 roku.