— Jesteście głupi i źli. Nie będę was uczył.

— A ty masz mleko pod nosem — powiedział Kazio, ale Zosia zgromiła brata przestraszona:

— Cicho bądź i nie mów mu: ty. Słyszałeś, że ojciec kazał mu „pan” mówić?

Władek został, bo obiecali, że będą spokojni. I niby siedzieli przy stole; ale na złość źle odpowiadali i co chwila wybuchali śmiechem.

Wyszedł Władek zmęczony i smutny i przypomniał sobie, jak na dawnym mieszkaniu poszedł do kawiarni z przeciwka, do tego Smoka; prosił, żeby gdzie indziej założył swój sklep ze stolikami z marmuru.

— Mój tatuś tu był pierwszy — powiedział — po co pan wynajął naprzeciwko tatusia?

Smok nie rozumiał z początku, a kiedy się domyślił, o co idzie, przepędził Władka, nazwał go śmierdzielem, smarkaczem, który się wtrąca do nieswoich rzeczy.

I pomyślał Władek, że najbardziej boli, kiedy chce się zrobić coś dobrego, a jest się źle zrozumianym, że najbardziej boli niesprawiedliwość.

Dlaczego dzieci tak go dzisiaj skrzywdziły? Przecież nic im złego nie zrobił.

Dlaczego Smok tak go sponiewierał? Czyż nie miał słuszności, że chciał ojca obronić?