— Czy wszyscy mają wyjść? — zapytał Władek.
— Wszyscy — powiedziała mama.
Władek sprowadził ze schodów Wicusia tak samo ostrożnie, jak wczoraj niósł klosze od lampy. Wicuś był bardzo zadowolony, że tyle schodów ma do schodzenia; a Mania prowadziła Pchełkę i niosła trzy pudełka, bo się bała, że je mama wyrzuci.
Na podwórzu stanęli koło muru, a dzieci z podwórza przyglądały im się ciekawie; nic nie mówiły, tylko podchodziły coraz bliżej i patrzały. To było bardzo nieprzyjemnie tak nie znać nikogo.
Dopiero jedna starsza dziewczynka odpędziła wszystkich:
— Czego się gapicie? Nie widzieliście ludzi czy co? Odejdźcie sobie.
Posłuchali i odeszli, a ona została.
— Wyście się wczoraj sprowadzili — prawda? — zapytała.
— My — odpowiedziała Mania.
Właściwie Władek powinien był odpowiedzieć, bo starszy; ale on myślał, co zrobić, aby obca dziewczynka zrozumiała, że nie jest zwyczajnym łobuzem. Powiedzieć od razu, że chodził do szkoły, nie mógł przecie, bo nie chciał się chwalić; ukłonić się też nie mógł, bo czapkę zostawił na górze. Więc nagle powiedział: