Ale pracowite ręce nie spoczęły do samego rana. Jak wszędzie przy blasku świeczek, tak i tutaj przy świetle małej lampki naftowej zawieszonej na ścianie, grano w oczko, a gdy w grze ktoś wpadał, wtedy Szwejk udowadniał, że to najsprawiedliwszy rodzaj gry, bo każdy może sobie dobrać tyle kart, ile zechce.
— Jak się gra w oczko — mówił Szwejk — wystarczy wziąć tylko asa i siódemkę i nikt ci nie każe brać więcej. Dalszych kart brać nie musisz. To już sam ryzykujesz.
— Jak tak, no to zagrajmy sobie w „zdróweczko” — zaproponował Vaniek, a wszyscy zgodzili się chętnie.
— Siódemka czerwień — meldował Szwejk przekładając karty. — Każdy stawia piątkę, a karty rozdaje się po cztery. Ruszajcie się i nie marudźcie.
Na twarzach wszystkich graczy malowało się takie zadowolenie, jak gdyby nie było żadnej wojny i jakby pociąg nie wiózł ich na krwawe walki i rzezie, ale jakby siedzieli w jakiejś praskiej kawiarni przy stolikach do gry.
— Nawet nie przypuszczałem — mówił Szwejk po jednej rozgrywce — że gdy nic nie dostałem i trzeba było wymienić wszystkie karty, to dostanę asa. Co się pchacie do mnie z królem! Przebijam go, i tyle.
I podczas gdy tutaj przebijano króla asem, daleko na froncie królowie w grze ze sobą przebijali swoimi poddanymi.
*
W wagonie sztabowym, gdzie siedzieli oficerowie marszbatalionu, na początku podróży panowało dziwne milczenie. Większość oficerów pogrążona była w czytaniu małej książki w płóciennej oprawie z napisem: Die Sünden der Väter, Novelle von Ludwig Ganghofer. Wszyscy czytali tę książkę akurat na stronicy 161. Kapitan Sagner, dowódca batalionu, stał przy oknie i trzymał w ręku tę samą książkę, również otwartą na stronicy 161.
Rozglądał się po krajobrazie i zastanawiał się, w jaki by sposób jak najprzystępniej wytłumaczyć wszystkim, co z tą książką mają zrobić. Sprawa była ściśle tajna.