— Ja się ubiorę — odpowiedział Szwejk — przeciwko temu nie mam nic do powiedzenia, ale boję się, że to pewno pomyłka, bo już raz zostałem ze śledztwa wyrzucony. I jeszcze się boję, aby reszta tych panów, co tutaj są razem ze mną, nie pogniewała się na mnie, że ja chodzę dwa razy z kolei na śledztwo, a oni nie byli tam dzisiejszego wieczora jeszcze ani razu. Może to wzbudzić zawiść.
— Wyłazić i nie ględzić! — brzmiała odpowiedź na dżentelmeński wywód Szwejka.
Szwejk znalazł się znowu przed panem o zbrodniczym wyglądzie, który bez jakiegokolwiek wstępu zapytał go twardo i nieubłaganie:
— Przyznaje się pan do wszystkiego?
Szwejk zwrócił na nieubłaganego człowieka swoje dobre modre oczy i rzekł miękko:
— Jeśli pan sobie życzy, proszę pana, abym się przyznał, to się przyznaję, bo mnie to nic nie szkodzi. Ale gdyby pan powiedział: „Szwejku, nie przyznawajcie się do niczego” — to się będę wykręcał ze wszystkich sił.
Surowy pan pisał coś w aktach i podawszy Szwejkowi pióro kazał mu się podpisać.
I Szwejk podpisał oskarżenie Bretschneidera wraz z dodatkiem:
„Wszystkie wyżej wymienione oskarżenia przeciwko mnie opierają się na prawdzie.
Józef Szwejk”