— Może pan spacerować dalej.
Odwrócił się i poszedł chłoszcząc gniewnie szpicrutą poły swego oficerskiego płaszcza.
Porucznik Lukasz przeszedł na drugi chodnik, ale i tam usłyszał surowe: „Halt!” Pułkownik zatrzymał właśnie jakiegoś nieszczęśliwego piechura, rezerwistę, który myślał o swojej mamie siedzącej w domu i przeoczył zwierzchnika.
Pułkownik własnoręcznie ciągnął go do koszar dla ukarania i wyzywał go od morskich świń.
„Co ja z tym Szwejkiem zrobię? — myślał porucznik. — Rozpłatam mu gębę, ale to mało. Pasy drzeć z tego łotra, i tego nie dość”.
Zapominając, że miał się spotkać z pewną damą, wzburzony skierował się w stronę swego mieszkania.
— Zabiję tego drania! — rzekł wsiadając do tramwaju.
*
Tymczasem dobry wojak Szwejk zajęty był interesującą rozmową z żołnierzem z koszar, który przyniósł porucznikowi jakieś papiery do podpisania i czekał na niego.
Szwejk podejmował go kawą i przy tym napoju opowiadali sobie, że Austria się przejedzie.