Rozmawiali tak, jakby nic lepszego i pewniejszego nie mieli sobie do powiedzenia. Był to niekończący się potok słów, które z wszelką pewnością byłyby przez sąd określone jako zdrada stanu i za które byliby powieszeni.
— Najjaśniejszy pan musiał z tego wszystkiego do reszty zidiocieć — oświadczył Szwejk. — Nigdy nie był sprytny, ale ta wojna go z pewnością dobije.
— Już zidiociał — z całą pewnością zadeklarował żołnierz z koszar. — Głupi jak nogi stołowe. Może nawet nie wie, że jest wojna. Być może, że wstydzili się powiedzieć mu o tym. Ten podpis na manifeście do jego narodów to też pewno szachrajstwo. Kazali wydrukować bez jego wiedzy, bo on już o niczym myśleć nie może.
— Gotów jest, i tyle — tonem znawcy zawyrokował Szwejk. — Robi pod siebie i muszą go karmić jak małe dziecko. Niedawno opowiadał w szynku jeden pan, że ma dwie mamki i że trzy razy dziennie dają cesarzowi ssać.
— Żeby nam wreszcie porządnie skórę złoili — westchnął żołnierz z koszar — byłby wreszcie z tą Austrią spokój.
Obaj rozmawiali w ten sposób dalej, aż wreszcie Szwejk potępił Austrię ostatecznie:
— Takiej idiotycznej monarchii nie powinno być na świecie.
Słowa te uzupełnił drugi żołnierz zdaniem, które było niejako wnioskiem praktycznym:
— Jak mnie poślą na front, to im zwieję.
Gdy obaj żołnierze w dalszym ciągu wyrażali pogląd czeskiego człowieka na wojnę, żołnierz z koszar powtórzył, o czym słyszał dzisiaj na mieście, że koło Nachoda słychać armaty i że w najbliższym czasie car będzie w Krakowie.