— Precz, bydlaku! To coś strasznego!
Gdy wstał i gdy Szwejk przyniósł mu śniadanie, porucznik został zaskoczony nieoczekiwanym pytaniem swego służącego:
— Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, czy nie życzyłby pan sobie żebym się postarał o jakiego pieska?
— Wiecie, Szwejku, że mam wielką ochotą oddać was pod sąd polowy — mówił porucznik wzdychając — ale sąd uniewinniłby was, bo czegoś tak kolosalnie idiotycznego, jak wy, jeszcze świat nie widział. Spójrzcie na siebie w zwierciadle. Czy nie mdli was na sam widok waszego cymbalskiego wyrazu? Jesteście przecie najidiotyczniejszą igraszką przyrody, jakiej drugiej nie ma. No, powiedzcie sam, Szwejku, czy podobacie się sobie?
— Posłusznie melduję, panie oberlejtnant, że się sobie nie podobam. Jestem w tym zwierciadle taki jakiś, jakby mi ktoś guzów ponabijał. To szkło nie jest szlifowane. U tego Chińczyka Stańka, co handluje herbatą, mieli kiedyś takie wypukłe lustro i jak ktoś spojrzał w nie, to mu się chciało rzygać. Pysk taki, głowa jak ceber do pomyj, brzuch jak u pijanego kanonika, jednym słowem, kreatura. Przechodził tam kiedyś pan namiestnik, spojrzał na siebie i zaraz musieli to lustro zdjąć.
Porucznik odwrócił się, westchnął i uznał za słuszne zająć się raczej kawą ze śmietanką niż Szwejkiem.
Szwejk gospodarował w kuchni; porucznik Lukasz słyszał, jak śpiewa:
Maszeruje Grenevil przez Prochową bramę.
Szable mu się błyszczą, a dziewuchy piszczą...
Potem słychać było inną piosenkę: