Zaś wachmistrz zabierał się w domu do pracy i wypełniał przynajmniej jeden z wielu kwestionariuszów:

„Nastrój wśród miejscowej ludności: I a”.

Pan wachmistrz miewał ciężkie, bezsenne noce. Bezustannie wyczekiwał inspekcji i dochodzenia. Śnił mu się nieraz stryczek, widział, jak go prowadzą pod szubienicę, gdzie sam pan minister Obrony Krajowej pyta się go po raz ostatni:

Wachtmeister, wo ist die Antwort des Zirkulars nr 1789678/23792 X. Y. Z?

Ale teraz! Jest jakoś tak, jakby ze wszystkich zakątków posterunku żandarmerii odzywały się fanfary triumfalne. Wachmistrz żandarmerii Flanderka nie wątpił, że dowódca okręgu poklepie go po ramieniu i powie:

Ich gratuliere Ihnen, Herr Wachtmeister”.

W duchu widział wachmistrz żandarmerii i inne wspaniałe obrazy, jakie taiły się w jednym ze zwojów jego urzędowego mózgu: odznaczenia, szybki awans i przeniesienie do wyższej rangi służbowej, ocena jego zdolności kryminalistycznych, świetna kariera. Wezwał frajtra i zapytał:

— Dostał obiad?

— Przynieśli mu wędzonkę z kapustą i knedlami, ale zupy już nie było. Wypił herbatę i prosi o jeszcze.

— Nie żałować mu! — wspaniałomyślnie zadecydował wachmistrz. — Jak tylko herbatę wypije, to proszę przyprowadzić go do mnie.