— Posłusznie melduję, panie audytor — odpowiedział Szwejk — że kolega Vodiczka zaziębił się i teraz kaszle.
Audytor Ruller teraz dopiero spojrzał na Szwejka i na Vodiczkę.
Starał się nadać swej twarzy wyraz surowości.
— Gdzieście się włóczyli, włóczęgi? — rzekł grzebiąc się w kupie papierów leżących na stole. — Kazałem wam stawić się o dziewiątej, a tymczasem niedaleko jedenasta.
— Jak stoisz, ty wole jeden! — krzyknął na Vodiczkę, który pozwolił sobie stanąć jakby na „spocznij”. Jak powiem: „ruht!” — to będziesz mógł robić z kulasami, co ci się będzie podobało.
— Posłusznie melduję, panie audytor — odezwał się Szwejk — że on ma reumatyzm.
— A ty stul lepiej pysk — rzekł audytor Ruller. — Jak się zapytam, to będziesz odpowiadał. Trzy razy byłeś u mnie na badaniu i sam diabeł wie, kiedy to się skończy. Gdzie mi się te papierzyska pozapodziewały? Mam ja z wami, wy łotry skończone, krzyż Pański. Ale takie fatygowanie sądu nie wyjdzie wam na dobre.
Patrzcie, łajdaki, ile trzeba było napisać — rzekł wyjmując spośród kupy papierów duży fascykuł z napisem: „Schwejk & Woditschka”.
— Nie wyobrażajcie sobie, że będziecie tu piecuchowali w areszcie sądu dywizyjnego i wymigacie się na długi czas od frontu. Dla jakiejś głupiej bijatyki nie uwolnicie się od służby na froncie. Przez was, wy cymbały, musiałem telefonować aż do armeegerichtu.
Audytor westchnął.