*
W kancelarii wszystko załatwione zostało bardzo szybko. Jakiś feldfebel z gębą jeszcze tłustą po obiedzie podał Szwejkowi i Vodiczce papiery z miną bardzo poważną i korzystając ze sposobności wygłosił do nich przemówienie, odwołując się do ich ducha żołnierskiego, a ponieważ był wasserpolakiem, więc przemówienie przeplatał różnymi zwrotami swego narzecza, jak np.: „małpy zielone”, „głupie rolmopsy”, „fujary nadziewane”, „świńskie ryje”, „prać was po waszych głupich mordach” itp.
Kiedy przyjaciele rozstawali się z sobą, ponieważ każdego odstawiono do jego oddziału, Szwejk rzekł:
— Jak się wojna skończy, to przyjdź do mnie w odwiedziny. Co wieczór od szóstej zastaniesz mnie „Pod Kielichem” na Boisku.
— Ma się wiedzieć, że przyjdę — odpowiedział Vodiczka. — A będzie tam jaka rozróbka?
— Awantury trafiają się tam bardzo często, a gdyby wypadło czekać przydługo, to sobie jakoś poradzimy.
Rozeszli się, a gdy dzieliło ich już kilkadziesiąt kroków, stary saper Vodiczka odwrócił się i zawołał:
— No to pamiętaj i postaraj się, żeby było wesoło, jak przyjdę do ciebie!
Na co Szwejk odpowiedział:
— Ale pamiętaj, żebyś przyszedł, jak tylko skończy się ta wojna!