— Glauben Sie mir, ich habe bisher wenig von meinem Leben gehabt. Ich wundere mich über diese Frage.
— Też miałbym się przejmować odjazdem marszbatalionu. Przy pierwszej kompanii marszowej, której towarzyszyłem, wszystko było w porządeczku w dwie godziny. Przy innych kompaniach marszowych naszego ówczesnego batalionu przygotowywali się do drogi przez całe dwa dni. Ale u nas był dowódcą kompanii lejtnant Przenosil, chłop łebski. „Nie śpieszcie się tak bardzo” — rzekł do nas i wszystko poszło jak po maśle. Na dwie godziny przed odejściem pociągu zaczęliśmy dopiero pakowanie. Zrobisz pan bardzo dobrze, gdy się przysiądziesz...
— Nie mogę — odpowiedział ze straszliwym samozaparciem dobry wojak Szwejk. — Muszę wracać do kancelarii. Co by to było, gdyby tam kto telefonował...
— No to idź, złoty człowiecze, ale zapamiętaj sobie przez całe życie, że to nieładnie z twojej strony i że porządny ordynans kompanii nigdy nie powinien być tam, gdzie jest potrzebny. Nie bądź pan w służbie zbyt gorliwy, bo nie ma nic obrzydliwszego na tym świecie nad wystraszonego ordynansa kompanii, który chciałby całą wojnę zeżreć sam i nikomu nic z niej nie dać. Tak, duszo najmilejsza.
Ale Szwejk był już za drzwiami i spieszył do kancelarii swojej kompanii.
Vaniek pozostał sam, ponieważ stanowczo nie można było powiedzieć, aby mu sztabsfeldfebel dotrzymywał towarzystwa. Ten ostatni siedział na osobności, głaskał karafkę z ćwiartką wina i mamrotał dziwaczne rzeczy po czesku i niemiecku:
— Wiele razy przechodziłem już przez tę wieś, a nie miałem nawet pojęcia o tym, że jest ona na świecie. In einem halben Jahre habe ich meine Staatsprüfung hinter mir und meinen Doktor gemacht. Stała się ze mnie stara pokraka. Dziękuję ci, Łucjo. Erscheinen sie in schön ausgestatten Bänden — może tu jest ktoś taki, kto o tym jeszcze pamięta.
Feldfebel rachuby z nudów wystukiwał jakiegoś marsza, ale nie nudził się zbyt długo, bo drzwi się otworzyły, wszedł Jurajda, kucharz z kuchni oficerskiej, i przysiadł się do Vańka.
— Dostaliśmy dzisiaj rozkaz — mówił szybko — żebyśmy poszli fasować koniak na drogę. Ponieważ nasza butla nie była pusta, więc musieliśmy ją opróżnić. Jesteśmy teraz troszkę zawiani. Szeregowcy kuchni pozwalali się jak kłody. Przeliczyłem się o kilka porcji, pan oberst się spóźnił i nie dostał nic. Więc robią dla niego omlecik. Ano szpas.
— Ładna awantura — rzekł Vaniek, który przy winie lubił używać obcych słów.