Szwejk położył słuchawkę i zaczął budzić feldfebla rachuby Vańka, który bronił się jak wściekły, a gdy Szwejk zaczął nim potrząsać, dostał pięścią w nos. Potem Vaniek położył się na brzuchu i wierzgał nogami dokoła siebie.

Ale pomimo wszystko udało się Szwejkowi przebudzić go. Vaniek otworzył oczy, rzucił się na wznak i wystraszony zapytał, co się takiego stało.

— Nic się takiego nie stało — odpowiedział Szwejk — tylko chciałem się pana poradzić w pewnej kwestii. Właśnie dostaliśmy telefonogram, że jutro rano o dziewiątej nasz oberlejtnant Lukasz ma przyjść do pana obersta znowuż na konferencję. Teraz nie wiem, co mam zrobić? Czy iść do niego zaraz i powiedzieć mu o tym, czy też poczekać aż do rana? Długo się namyślałem, czy mam pana obudzić, gdy pan tak smacznie chrapał, ale potem pomyślałem, że było nie było, a poradzić się można...

— Na miłość boską, człowieku, daj mi spać! — jęknął Vaniek ziewając jak lew. — Rano będzie aż nadto czasu i nie trzeba mnie budzić.

Odwrócił się na bok i natychmiast zasnął.

Szwejk usiadł znowu przy telefonie i zaczął podrzemywać. Obudził go telefon.

— Halo, 11 kompania marszowa?

— Tak jest, 11 kompania marszowa. Kto tam?

— 13 kompania marszowa. Halo, która godzina u ciebie? Nie mogę się dodzwonić do centrali. Jakoś nie przychodzą.

— Mój zegarek stoi.