— Sądzę, że przesuną tu wagony — odpowiedział porucznik Lukasz — więc dostaniemy się na stację przeładunkową: Transport Militär-Bahnhof.

Obok nich przeszedł „wojenny doktor” Welfer.

— Nic osobliwego — rzekł z uśmiechem. — Tacy panowie, którzy z biegiem czasu chcą się stać oficerami i którzy jeszcze w Brucku chełpią się swoimi wiadomościami historyczno-strategicznymi, powinni wiedzieć, że to niebezpiecznie zjeść od razu cały transport słodyczy otrzymany od mamusi. Od chwili gdy wyjechaliśmy z Brucku, kadet Biegler zjadł trzydzieści ciastek z kremem, jak mi się przyznał, i wszędzie po stacjach pił tylko gotowaną wodę. Przypomina mi się pewien wiersz Schillera: „...Wer sagt von...

— Słuchaj pan, panie doktorze — przerwał mu kapitan Sagner — tu nie chodzi o Schillera. Jak się ma kadet Biegler?

„Wojenny doktor” Welfer roześmiał się.

— Aspirant na oficera, pański kadet Biegler, się zerżnął... To nie cholera i nie czerwonka, ale prosty i powszedni kaktus. Pański aspirant na oficera wypił trochę więcej koniaku i zrobił w majtki... Zresztą byłby to niezawodnie zrobił i bez koniaku. Obżarł się tak dalece ciastkami z kremem, które przysłano mu z domu, że i tego było dosyć... Taki dzieciak... W kasynie, jak mi wiadomo, pijał zawsze tylko jedną ćwiartkę... Abstynent.

Doktor Welfer splunął.

— Kupował sobie cukierki i ptysie.

— A więc nic osobliwego? — zapytał kapitan Sagner. — Taka rzecz jednak... Ale gdyby ta sprawa nabrała rozgłosu... Gdyby to było zaraźliwe...

Porucznik Lukasz powstał i rzekł: