— Dziękuję za takiego plutonowego...
— Trochę go poratowałem — rzekł Welfer nie przestając się uśmiechać — pan kapitan wyda odpowiednie zarządzenie... To jest, ja przekażę Bieglera do szpitala... Dam mu świadectwo, że to dyzenteria. Ciężki przypadek dyzenterii. Izolacja... Kadet Biegler dostanie się do baraku dezynfekcyjnego.
Jest to bezwarunkowo lepsze — mówił dalej Welfer ciągle z tym swoim wstrętnym uśmiechem — niż gdyby trzeba było powiedzieć prawdę o zasranym kadecie. Dyzenteria to sprawa bardziej honorowa niż taka pospolita przygoda.
Kapitan Sagner zwrócił się do porucznika Lukasza i rzekł tonem urzędowym:
— Panie poruczniku, kadet Biegler z pańskiej kompanii zachorował na dyzenterię i pozostanie na kuracji w Budapeszcie...
Kapitanowi Sagnerowi wydawało się, że Welfer śmieje się bardzo zaczepnie, ale gdy spojrzał na „wojennego doktora”, widział, że jest on zgoła obojętny.
— A więc wszystko w porządku, panie kapitanie — dodał Welfer — kandydaci na oficerów...
Machnął ręką:
— Przy dyzenterii każdy zrobi w majtki.
Tak więc się stało, że dzielny kadet Biegler został zawieziony do wojskowego szpitala izolacyjnego w Uj Buda.