jak twoje piersi (dlaczego drapią pod moim językiem?) choć

nie powinny. zwijam koc jest prawie zielony od trawy

trwam w uporze który nic nie da. chodź. kwiatów mamy już

styczeń

gubisz te kolczyki ostatecznie. chmury pustoszeją

ja się nawrócę. przylepię ucho i postaram się nie skaleczyć

choć najgorsze są powroty. siadam z widokiem sam na

fabrykę o sławie krematorium. wyciągam ręce

luty

w pałacu namiestnikowskim. cały świat na chwilę zamarł