Zbliża się; krwi dymiącej widzi ślad czerwony;

Widzi (ha! cóż za widok dla ócz narzeczonej!)

Kochanka, jak bez duszy leży na murawie.

Przez chwilę oczom własnym nie chce wierzyć prawie;

Nie poznaje go: parta przez czucia złowieszcze,

Patrzy na Hipolita i pyta oń jeszcze.

Niedoli swej pojęła wreszcie ogrom cały,

W niebo rzuca wzrok smętnym wyrzutem nabrzmiały;

I na wpół żywa, straszny jęk wydając z łona,

Z nóg, pod stopy kochanka, wali się zemdlona.