Liberum veto krytykuje ostro, ale w pesymizmie swoim nie odważa się proponować jego zupełnego zniesienia. Uważa, że to zbyt trudno wykorzenić ślepe przywiązanie do veta. Ogranicza się tylko do żądania, by odjąć prawo veta pojedynczym posłom, a przyznać je zbiorowo wszystkim posłom poszczególnych województw, tak żeby prawo to tylko łącznie posłowie jednego województwa mogli wykonywać. Śmielej już domaga się zniesienia instrukcji14.
Władzę rządową oddaje w ręce senatu, wybieranego przez sejm spośród senatorów. Istniejące przy senacie departamenty są tylko pomocniczymi organami senatu; decyduje o wszystkim plenum15.
Król nie powinien mieć żadnej władzy; powinien się ograniczyć do reprezentowania majestatu Rzeczypospolitej. Sam przez się nic nie może, bo jest nieodpowiedzialny; ma tylko „wypełniać próżne miejsce” — i z tego względu tron powinien być dziedziczny. Mably proponuje osadzenie na tronie polskim któregoś z arcyksiążąt, ewentualnie jakiegoś księcia spokrewnionego blisko z domem Habsburgów. Z realnych atrybutów władzy przyznaje królowi jedynie przewodnictwo w senacie, z prawem dwóch kresek w razie równości głosów, a nadto prawo mianowania urzędników. Ale w wyborze kandydatów na urzędy związane z jurysdykcją lub komendą król jest skrępowany przez sejm, który proponuje trzech kandydatów na każde stanowisko — co do innych zaś urzędów przez senat, mający również prawo przedstawiania terna16.
Za pomocą takich to środków Mably chciał poprawiać ustrój polityczny Rzeczypospolitej. W przedmiocie poprawy ustroju społecznego nie stawia szerszego programu. Radzi podnieść stan trzeci17, już choćby tylko ze względu na dobro samego państwa. Chciałby przynajmniej dopuścić mieszczan do udziału w sądownictwie, odebrać panom jurysdykcję patrymonialną18 i utworzyć dla spraw chłopskich osobne trybunały, dające gwarancję sprawiedliwego sądzenia; pragnąłby, by wprowadzono stan wolnych włościan19, właścicieli gruntów, by mieszczanom i żydom również przyznano prawo posiadania ziemi na własność. Ale to wszystko uważa za projekty niewczesne, zanadto naruszające zadawnione przesądy: Polska jeszcze tych prawd nie zrozumie.
Co do metody wprowadzania reform, Mably ostrzega ustawicznie przed zbytnią gwałtownością, pośpiechem, nieoględnością w reformowaniu. Nie należy zanadto zrażać ludzi, trzeba liczyć się z ich przesądami i ambicjami, szukać kompromisu; zacząć od poprawy najważniejszych wad, a resztę zostawić przyszłości.
Nie wdając się w bliższą ocenę traktatu O rządzie i prawach Polski, należy stwierdzić, że Mably — zarówno wskutek dostosowywania projektu do ówczesnego położenia Polski i jej historycznego rozwoju, jak wskutek sceptycyzmu co do wartości Polaków — zanadto oszczędzał zaskorupiałe przesądy szlacheckie, nie dość stanowczo i zbyt nieśmiało żądał od Polski wyrzeczenia się wybujałości wolnościowych. Miał odwagę tknąć się praw majestatu, zabrakło mu jej do wyrwania „źrenicy wolności”. A przecież już w w. XVII wytworzył się w Polsce pogląd, że oba kierunki reformy są ściśle ze sobą związane i że pożądaną równowagę może przynieść tylko załatwienie ich obu. Niewiara i pesymizm wstrzymały także Mably’ego od śmielszego postawienia sprawy społecznej i wytknięcia szerszego planu jej rozwiązania.
Wielhorskiemu rady księdza Mably’ego, oparte na mocnych republikańskich zasadach i przepojone nieufnością dla wydatniejszej władzy królewskiej, musiały na ogół przypaść do smaku. Nie poprzestał jednak na nich, lecz pokusił się o to, by w sprawie ustroju Polski i jego poprawy uzyskać opinię od znakomitości nierównie sławniejszej niż Mably, od Jana Jakuba Rousseau, teoretyka wznoszącego wówczas najwyżej sztandar wolności narodu.
Rousseau (1712–1778) już od pierwszych występów literackich (Rozprawa o postępie nauk i sztuk, 1750, i Rozprawa o powstaniu nierówności, 1755) wzbudził zainteresowanie wśród literatów i publiczności. Oryginalnością myśli, znakomitą zdolnością dialektyczną, krańcowością tez swoich, przeciwstawiających się panującym zapatrywaniom, namiętnym potępieniem współczesnej cywilizacji wywoływał sprzeciwy i polemiki — świetnością stylu olśniewał wyobraźnię, gorącem uczucia, z jakim głosił swoje przekonania, podbijał serca. Późniejsze obszerne dzieła: Nowa Heloiza, czyli Listy dwojga kochanków (1761), romans uczuciowy, i Emil czyli o wychowaniu (1762), romans pedagogiczny, wreszcie Umowa społeczna, traktat prawno-polityczny, postawiły go w rzędzie najpierwszych pisarzy europejskich. Wróg filozofów, zwalczany przez nich i prześladowany, nie przez wszystkich był uznany, ale znany był w całym świecie umysłowym.
I w Polsce także głośno było o Russie20. Czytywano go dużo w oryginale. Krasicki pisze w Doświadczyńskim21, że „u najmniejszych zastaniesz WMćpan22 na gotowalni23 księgi pana Russa”. Powszechna naówczas znajomość francuszczyzny, wypierającej nawet ze szkół łacinę, ułatwiała przenikanie sławy genewskiego obywatela do Polski. „Monitor”24 już od r. 1765, „Wiadomości Warszawskie”25 od r. 1766 pisały o nim, rozwodziły się nad przygodami jego życia, cytowały jego dzieła. Mniej go tłumaczono. Pierwsze przekłady pojawiają się dopiero w r. 1778, i to nie najważniejszych dzieł. Widocznie „straszące każdego prawowiernego sofizmata”26 odbierały odwagę tłumaczom.
Nie dziw więc, że Wielhorski zapragnął skorzystać z obecności tak znakomitego i popularnego pisarza w Paryżu i wciągnąć go do pracy nad tym, co jemu samemu najwięcej na sercu leżało i dla czego we Francji siedział — nad poprawą nieszczęsnej doli Rzeczypospolitej. Z tym większą ufnością zwracał się doń republikanin Wielhorski, że właśnie Russo w Umowie społecznej głosił wymownie zasadę zwierzchnictwa narodu. On doktrynę tę rozpowszechnił i w mózgi ludzkie wtłoczył, on uczynił ją na długi czas obowiązującą podstawą wszelkiego rozumowania prawno politycznego. Przykład w tym względzie dali Wielhorskiemu Korsykanie. Po zrzuceniu jarzma Genui27 zwrócili się oni w r. 1764 — w myśl rozdziału Umowy „O Prawodawcy” — do Russa z prośbą, by stworzył dla nich odpowiednie prawodawstwo, a przede wszystkim obdarzył ich ustrojem politycznym. On po pewnych wahaniach propozycję przyjął, zabrał się do studiów nad historią, stanem społecznym i ekonomicznym, dotychczasowymi prawami Korsyki — zaczął rzucać na papier pierwsze pomysły projektu. Późniejsze smutne i tułacze koleje losu nie pozwoliły mu dalej dzieła prowadzić, wreszcie zajęcie Korsyki przez wojska francuskie i przyłączenie jej do Francji w r. 1768 uczyniły całą pracę bezcelową. Sprawa legislacji Russa dla Korsyki nabrała jednak rozgłosu i Wielhorski z pewnością musiał o niej słyszeć.