Wracam więc do starostw i znowu przyznaję, że projekt ich sprzedaży i obrócenia uzyskanego stąd dochodu na korzyść skarbu publicznego jest dobry i trafnie pomyślany, o ile chodzi o założony cel ekonomiczny; ale o ile chodzi o cel polityczny i moralny, projekt ten tak mało mi odpowiada, że gdyby starostwa sprzedano, życzyłbym, żeby odkupiono je z powrotem, aby z nich utworzyć fundusz płac i nagród dla tych, którzy służą ojczyźnie, względnie wobec niej dobrze się zasłużyli. Jednym słowem, chciałbym, gdyby to było możliwe, by wcale nie było skarbu publicznego i by fiskus wcale nawet nie znał wypłat pieniężnych. Czuję, że ściśle biorąc nie jest to możliwe, ale duch rządu powinien zawsze dążyć do tego, by to się stało możliwym, a duchowi temu nic bardziej nie sprzeciwia się, jak właśnie sprzedaż, o której była mowa. Przez tę sprzedaż wzbogaciłaby się Rzeczpospolita — to prawda; ale w tym samym stosunku osłabiłaby się energia rządu185.
Przyznaję, że gdyby cały majątek publiczny składał się z dóbr naturalnych, a nie z pieniędzy, to zarząd tym majątkiem stałby się trudniejszy, zwłaszcza zaś mniej przyjemny dla zarządców; ale trzeba by wówczas utworzyć z tego zarządu i z jego kontroli stopnie próby dla rozsądku, czujności, zwłaszcza zaś prawości, stopnie umożliwiające dojście do wyższych stanowisk. W tym względzie będzie to tylko naśladowanie administracji miejskiej ustanowionej w Lyonie, gdzie trzeba zacząć od zarządu szpitala, by dojść do godności miejskich, a według wywiązania się z tego zarządu ocenia się, czy ktoś jest godny tamtych. Nikt nie był bardziej prawy niż kwestorzy186 armii rzymskich, kwestura bowiem stanowiła pierwszy krok na drodze do godności.
Stanowiska, które mogą wzbudzić pokusę chciwości, należy urządzać w ten sposób, by ambicja mogła tę pokusę opanować. Największym dobrem, jakie stąd płynie, jest nie to, że w ten sposób dochodzi się do ograniczenia łajdactw, ale to, że wzbudza się cześć dla bezinteresowności i szacunek dla ubóstwa, gdy ono jest owocem prawości187.
Dochody Rzeczypospolitej nie dorównują wydatkom; zupełnie wierzę: obywatele nie chcą wcale płacić. Ale ludzie, którzy chcą być wolni, nie powinni być niewolnikami swych trzosów, a gdzież jest państwo, w którym by nie trzeba wolności okupić, nawet bardzo drogo? Przytoczycie Szwajcarię, ale, jak już mówiłem, w Szwajcarii obywatele sami pełnią funkcje, które wszędzie gdzie indziej wolą opłacać, aby je inni spełniali. Są żołnierzami, oficerami, urzędnikami, robotnikami, są wszystkim w służbie państwa, a zawsze gotowi zapłacić własną osobą, nie potrzebują jeszcze płacić swymi trzosami. Jeśli Polacy zechcą postępować tak samo, nie więcej będą potrzebowali pieniędzy niż Szwajcarowie; ale jeżeli wielkie państwo nie chce kierować się zasadami małych republik, nie może spodziewać się ich korzyści ani pragnąć skutku, skoro odrzuca wiodące do niego środki. Gdyby Polska była, jakbym pragnął, związkiem 33 małych państw, połączyłaby siłę wielkich monarchii z wolnością małych republik, ale w tym celu trzeba by porzucić chęć popisywania się, a przejmuje mnie obawa, by ten punkt nie był najtrudniejszy.
Z wszystkich sposobów opodatkowania najwygodniejsze i najmniej kosztowne jest bezsprzecznie pogłówne; ale też sposób to najbardziej gwałtowny, najbardziej samowolny i dlatego zapewne Montesquieu uważa go za niewolniczy188, aczkolwiek ten jedyny podatek stosowali Rzymianie i aczkolwiek jeszcze obecnie istnieje w wielu republikach, pod inną nazwą wprawdzie, jak np. w Genewie, gdzie nazywa się „strażą” i gdzie opłacają go tylko obywatele i mieszczanie, podczas gdy mieszkańcy i urodzeni189 płacą inne podatki, co właśnie stoi w zupełnej sprzeczności z poglądem Montesquieugo. Ale ponieważ jest rzeczą niesłuszną i nierozsądną okładać podatkiem ludzi nic niemających, podatki rzeczowe są zawsze lepsze niż osobowe; należy tylko unikać takich, których pobór jest trudny i kosztowny, a zwłaszcza tych, które można omijać w drodze przemytnictwa, ono bowiem tworzy wartości bezużyteczne, przepełnia państwo oszustami i zbójami, psuje wierność obywateli. Opodatkowanie powinno być tak dobrze przystosowane, żeby oszustwo sprawiało więcej kłopotu, niż dawało zysku. A więc żadnego podatku od tego, co łatwo ukryć, jak koronki i klejnoty; lepiej zakazać noszenia ich niż sprowadzania. We Francji pobudza się jakby umyślnie pokusę przemytnictwa i to mi nasuwa domysł, że dzierżawa podatków znajduje korzyść w tym, by istnieli przemytnicy. Ten system jest wstrętny i przeciwny wszelkiemu rozsądkowi. Doświadczenie uczy, że stemple190 stanowią podatek szczególnie uciążliwy dla ubogich, krępujący dla handlu, mnożący w ogromnej mierze szykany i wzbudzający wszędzie, gdzie tylko jest ustanowiony, wielkie narzekania ludności; nie radziłbym myśleć o nim. Podatek od bydła wydaje mi się o wiele lepszy, byleby tylko unikano przy nim oszustwa, bo każda możliwość oszustwa jest zawsze źródłem zła; może on być jednak dla podatników uciążliwy dlatego, że trzeba go płacić w pieniądzach, a dochód z tego rodzaju podatków zanadto łatwo odwrócić od jego właściwego przeznaczenia.
Moim zdaniem, podatkiem najlepszym, najbardziej naturalnym, niepodlegającym oszustwu, jest proporcjonalny podatek gruntowy191, obciążający wszystkie ziemie bez wyjątku, tak jak to proponowali marszałek de Vauban192 i ksiądz de Saint-Pierre193; boć w końcu płacić winno to, co produkuje. Wszystkie dobra, królewskie, szlacheckie, kościelne i nieszlacheckie, winny płacić na równi, to znaczy w stosunku do swego obszaru i produkcyjności, ktokolwiek byłby ich właścicielem.
Wydawałoby się, że ten podatek wymagałby pewnej czynności wstępnej, długiej i kosztownej, to znaczy katastru194 ogólnego. Ale tego wydatku można bardzo dobrze uniknąć, zasadzając podatek nie wprost na ziemi, ale na jej produkcji, co byłoby jeszcze słuszniejsze, to znaczy ustanawiając w stosunku, jaki uzna się za odpowiedni, dziesięcinę od zbiorów, pobieraną w naturze, tak jak dziesięcina195 kościelna; dla uniknięcia zaś kłopotliwych szczegółów i magazynów wydzierżawiałoby się tę dziesięcinę w drodze licytacji, jak to robią plebani; w ten sposób obywatele byliby obowiązani dawać dziesięcinę tylko od zbiorów i płaciliby ją gotówką wtedy jedynie, gdyby sami tak woleli, według taryfy przez rząd ustanowionej. Te dzierżawy, razem wzięte, mogłyby dostarczyć materiału dla handlu przez sprzedaż towaru stanowiącego ich produkt, towaru, który można by wywozić za granicę przez Gdańsk albo przez Rygę. W ten sposób uniknęłoby się jeszcze wszystkich kosztów poboru i zarządu, tej całej chmary funkcjonariuszy i urzędników, tak wstrętnej dla ludu, tak niewygodnej dla publiczności196, a — co jest punktem najważniejszym — Rzeczpospolita miałaby pieniądze, choć obywatele nie byliby obowiązani ich dawać: bo — nie mogę nigdy zbyt często powtarzać — talię197 i wszelkie inne podatki uciążliwymi dla rolnika czyni to, że są one pieniężne i że musi wpierw sprzedać, by mógł zapłacić198.
(XII.) System wojskowy
Ze wszystkich wydatków Rzeczypospolitej najznaczniejszy stanowi utrzymanie armii koronnej, a usługi przez tę armię oddawane nie stoją z pewnością w żadnym stosunku do kosztów, jakich ona wymaga. A przecież — powie ktoś zaraz — potrzeba wojska dla strzeżenia państwa. Zgodziłbym się na to, gdyby to wojsko rzeczywiście państwa strzegło, ale nie widzę, żeby owa armia kiedykolwiek ustrzegła państwo od inwazji, a boję się, że i w przyszłości go nie ustrzeże.
Polskę otaczają mocarstwa wojownicze, utrzymujące w pogotowiu liczne wojska znakomicie udyscyplinowane, wojska, którym równych Polska nie będzie mogła nigdy przeciwstawić bez wyczerpania się w krótkim czasie, zwłaszcza w tym stanie nieszczęsnym, w jakim ją pozostawią rabujący rozbójnicy199. Zresztą nie pozwolą jej na to, a gdyby przy pomocy najbardziej energicznej administracji dążyła do postawienia swej armii na przyzwoitej stopie, sąsiedzi, baczni na to, by ją uprzedzić, zgnietliby ją szybko, zanim zdołałaby swój plan wykonać. Nie, jeżeli Polska zechce tylko naśladować sąsiadów, nie oprze się im nigdy.