Co do Pańskiej odpowiedzi na ten list, nie udzieliłem jej nikomu i może Pan być spokojny, że nie wyjdzie w druku bez Pańskiego zezwolenia; to pewna zaś, iż nie popełnię tej niewłaściwości, aby Pana o nie prosić. Wiem dobrze, że co jeden człowiek pisze do drugiego, tego nie pisze dla publiczności. Ale gdybyś Pan zechciał skreślić odpowiedź przeznaczoną do druku i przesłać mi ją, przyrzekam, iż wiernie dołączę ją do swego listu i nie odeprę jej ani jednym słowem. Nie jestem Panu życzliwy: uczyniłeś mi Pan najdotkliwsze zło, jakie tylko mogłeś, mnie, swemu uczniowi i entuzjaście. Zgubiłeś pan Genewę w odpłatę schronienia, które tam otrzymałeś; odwróciłeś ode mnie serca moich współobywateli w nagrodę hołdów, jakie wśród nich Panu zdobyłem. Pan to uczyniłeś mi pobyt w mej ojczyźnie nieznośnym; Pan zmusisz mnie, bym umarł na obcej ziemi, pozbawiony wszelkiej pociechy umierających, rzucony, za cały honor, do kloacznego dołu, podczas gdy wszystkie zaszczyty, których człowiek może dostąpić, będą Panu towarzyszyły w moim kraju. Słowem, nienawidzę Pana, ponieważ tak chciałeś; ale nienawidzę Pana jak człowiek raczej godny kochać Pana, gdybyś był zechciał. Ze wszystkich uczuć, jakimi serce moje było przejęte dla Pana, został jedynie podziw, którego nie można odmówić Pańskiemu geniuszowi, i miłość Pańskich dzieł. Jeżeli mogę szanować w Panu tylko Pańskie talenty, to nie moja wina. Nigdy nie uchybię szacunkowi, który im przynależy, ani względom, które ten szacunek nakłada. Żegnam Pana766.
Pośród tych drobnych utrapień literackich, które umacniały mnie coraz więcej w mym postanowieniu, spotkał mnie zaszczyt, ze wszystkich, jakie literatura na mnie ściągnęła, największy i najmilszy memu sercu: mianowicie odwiedziny, jakimi książę de Conti767 zaszczycił mnie po dwakroć, raz w zameczku, drugi raz w Mont-Louis. Wybrał nawet oba razy czas, kiedy pani de Luxembourg nie było w Montmorency, aby zaznaczyć tym wyraźniej, że przybywa tylko dla mnie. Nigdy nie wątpiłem, iż pierwsze dowody względów tego księcia zawdzięczam paniom de Luxembourg i de Boufflers; ale nie wątpię również, iż jedynie własnym jego uczuciom i sobie winien jestem te, którymi nie przestał mnie zaszczycać od owego czasu768.
Ponieważ mieszkanko moje w Mont-Louis było bardzo szczupłe, położenie zaś baszty urocze, zaprowadziłem tam księcia, który na domiar łaski zechciał, abym miał zaszczyt zagrać z nim partię szachów. Wiedziałem, że bije kawalera de Lorenzy, który był mocniejszy ode mnie. Wszelako mimo znaków i min kawalera i obecnych, min, których udałem, że nie widzę, wygrałem dwie partie z rzędu. Kończąc, rzekłem pełnym szacunku, lecz poważnym tonem: „Zanadto poważam Waszą Królewską Wysokość, aby nie pobić jej zawsze w szachy”. Ten wielki książę, pełen bystrości i rozumu, godny, aby mu oszczędzono pochlebstwa, uczuł w istocie, przynajmniej tak myślę, że ja jeden odnoszę się doń jak do człowieka, i mam wszelkie powody przypuszczać, iż poczytał mi to za dobre.
Gdyby mi nawet wziął za złe, nie wyrzucałbym sobie, iż nie chciałem go w niczym oszukać; nie mam też z pewnością przyczyny wyrzucać sobie, bym źle odpowiedział w sercu na jego łaskawość. Zbłądziłem chyba w tym, iż niekiedy odpowiedziałem niezręcznie, podczas gdy sam książę wkładał nieskończony urok w sposób, w jaki mi ją okazywał.
W krótki czas potem kazał mi posłać kosz dziczyzny, który przyjąłem, jak byłem powinien. Za jakiś czas posłał mi znowuż taki kosz; jeden z łowczych napisał z rozkazu księcia, iż jest to łup polowania jego wysokości, część zwierzyny zabitej jego własną ręką. Przyjąłem jeszcze; ale napisałem do pani de Boufflers, że następny raz już nie przyjmę. Ten list spotkał się z ogólną naganą, i słusznie. Odrzucać podarek kilku sztuk zwierzyny od księcia krwi, który co więcej, okrasza swą przesyłkę tylą łaskawości, to już nie tyle delikatność człowieka dumnego pragnącego zachować niezależność, ile brak wychowania prostaka nieznającego własnej roli. Nigdy nie mogłem odczytać tego listu w swoim zbiorze, iżbym się nie rumienił i nie wyrzucał sobie, że go napisałem. Ale, ostatecznie, jeśli podjąłem te Wyznania, to nie po to, aby pokrywać milczeniem swoje głupstwa, a to, o którym mowa, nadto oburza mnie samego, aby mi wolno było je zataić.
Jeśli na domiar nie popełniłem tego szaleństwa, aby się stać rywalem księcia, mało do tego brakowało: wówczas bowiem pani de Boufflers była jego kochanką, a ja nic o tym nie wiedziałem. Zachodziła dość często do mnie w towarzystwie kawalera de Lorenzy. Była jeszcze młoda i piękna, przybierała rzymskie tony, ja byłem zawsze nastrojony romantycznie: to dosyć harmonizowało z sobą. Omalże nie poszedłem na lep; zdaje mi się, że hrabina to spostrzegła, kawaler również; przynajmniej odzywał się w tym duchu, i to bynajmniej nie w sposób zdolny mnie zniechęcić. Ale tym razem byłem rozsądny; był wielki czas, w pięćdziesiątym roku! Pamiętny lekcji, jaką dałem siwoszom769 w swoim Liście do d’Alemberta, uczułem wstyd, iż sam korzystam z niej tak licho; zresztą, dowiedziawszy się o tym, o czym nie wiedziałem, byłbym musiał chyba zupełnie stracić głowę, aby tak wysoko skierować współzawodnictwo. Wreszcie, niezupełnie może jeszcze wyleczony z namiętności dla pani d’Houdetot, czułem, że nic nie mogłoby jej zastąpić w mym sercu, i pożegnałem się z miłością na resztę życia. W chwili gdy to piszę, spotkały mnie świeżo ze strony młodej kobiety, która miała swoje widoki, bardzo niebezpieczne awanse; ale jeżeli ona udała, że zapomina o mej sześćdziesiątce, ja nie zapomniałem o tym ani na chwilę. Wydostawszy się z tej matni, nie lękam się już upadków i ręczę za siebie na resztę swoich dni.
Pani de Boufflers, spostrzegłszy wzruszenie, w jakie mnie wprawiła, mogła również spostrzec, iż zapanowałem nad nim. Nie jestem ani dość szalony, ani dość próżny, aby mniemać, iż ja, w swoim wieku, mogłem spodobać się jej bodaj na chwilę; ale z pewnych odezwań się jej do Teresy sądzę, iż obudziłem w niej ciekawość. Jeżeli tak było i jeżeli w istocie hrabina nie przebaczyła mi zawodu, trzeba przyznać, iż byłem w istocie stworzony, aby się stać ofiarą mych słabości, skoro miłość zwycięska była mi tak opłakana, miłość zaś zwyciężona stała mi się jeszcze hardziej złowrogą.
Tu kończy się zbiór listów, które służyły mi za przewodnika w tych dwu księgach. Dalej już będę szedł jedynie śladem wspomnień; w tej okrutnej epoce wyryły się one we mnie tak głęboko, wrażenie zaś, które mi po nich zostało, jest tak silne, iż, zgubiony w niezmierzonym morzu niedoli, nie mogę zapomnieć szczegółów pierwszego rozbicia, mimo iż następstwa jego nastręczają mi jedynie mętny obraz. Tak więc w następnej księdze mogę się jeszcze posuwać dość pewną stopą. Jeżeli pójdę dalej, to już tylko po omacku.
Księga XI
(1761) Mimo że Julia, która od dawna była pod prasą, nie pojawiła się jeszcze z końcem roku 1760, zaczynała już być przedmiotem wielkiego hałasu. Pani de Luxembourg opowiadała o niej na dworze, pani d’Houdetot w Paryżu. Ta ostatnia uzyskała nawet ode mnie dla Saint-Lamberta pozwolenie odczytania jej z rękopisu królowi polskiemu, który był zachwycony. Duclos, któremu też dałem utwór swój do przeczytania, wspomniał o nim w Akademii. Cały Paryż oczekiwał z niecierpliwością tego romansu: księgarnie oblężone były przez ludzi, którzy pytali o termin ukazania się książki. Ukazała się wreszcie, a powodzenie, wbrew zwykłej kolei rzeczy, odpowiedziało niecierpliwości oczekiwania. Następczyni tronu770, która przeczytała Julię jedna z pierwszych, nazwała ją w rozmowie z panem de Luxembourg czarującą książką. W świecie pismaków, mniemania były podzielone; ale w towarzystwie było tylko jedno zdanie; kobiety zwłaszcza upoiły się książką i autorem tak dalece, iż mało znalazłoby się dam, nawet w najwyższych sferach, których podboju nie byłbym dokonał, gdybym objawił ochotę. Miałem na to dowody, których nie chcę przytaczać na piśmie, a które, nawet nie poparte doświadczeniem, uprawniają mnie do tego mniemania. Osobliwe jest, że ta książka zyskała większe powodzenie we Francji niż w innych krajach Europy, mimo iż Francuzi, tak mężczyźni, jak kobiety, nie grają w niej zbyt pięknej roli. Zgoła przeciwnie memu spodziewaniu, najmniejsze powodzenie miała książka w Szwajcarii, największe w Paryżu. Czyżby przyjaźń, miłość, cnota bardziej królowały w Paryżu niż gdzie indziej? Nie, z pewnością; ale króluje tam jeszcze ów przedziwny zmysł, który przejmuje serce wzruszeniem na ich widok; ten zmysł każe nam cenić w drugich czyste, czułe, uczciwe uczucia, których sami już nie posiadamy. Zepsucie jest obecnie wszędzie to samo; nie ma już ani obyczajów, ani cnoty w Europie, ale jeżeli gdzie istnieje jakiś kult dla nich, w Paryżu należy go szukać771.