Ksiądz napisał do mnie również, w kilka dni później, list z podziękowaniem (plik D, nr 29). Nie okazywał w nim, co prawda, zbyt serdecznego wylania i raczej do pewnego stopnia zdawał się pomniejszać usługę, którą mu oddałem. W jakiś czas potem spostrzegłem, iż d’Alembert i on, nie powiem: wyrugowali mnie, ale objęli następstwo po mnie w łaskach pani de Luxembourg i że straciłem u niej tyleż, ile oni zyskali. Mimo to bardzo daleki jestem od posądzenia księdza Morellet, aby przyczynił się do mej niełaski; zbyt go na to szanuję. Co do pana d’Alembert, nie powiem o nim nic tutaj: powrócę doń w dalszym ciągu.
Miałem w tym samym czasie inną sprawę, która spowodowała ostatni list, jaki napisałem do pana de Voltaire; list, który pobudził go do wielkich krzyków, jakoby o straszliwą zniewagę, ale którego nigdy nikomu nie pokazał. Uzupełnię zatem to, czego on nie chciał uczynić.
Ksiądz Trublet, którego znałem trochę, ale którego widywałem bardzo rzadko, napisał do mnie 13 czerwca 1760 (plik D, nr 11), uprzedzając, iż pan Formey, przyjaciel jego i korespondent, wydrukował w swoim dzienniku mój list do pana de Voltaire z przyczyny klęski lizbońskiej762. Ksiądz Trublet chciał wymiarkować, jaką drogą list ów ukazał się w druku; otóż, jako człowiek nawykły chadzać jezuickimi dróżkami, zapytał mnie o zdanie co do przedruku tego listu, nie zdradzając się ze swoim. Ponieważ nienawidzę tego rodzaju filutów, podziękowałem mu za grzeczność, ale oschle i surowo. Odczuł mój ton, co nie przeszkodziło mu kluczyć ze mną jeszcze w paru dalszych listach, aż się dowiedział wszystkiego, co chciał wiedzieć.
Zrozumiałem dobrze, mimo wszystko, co powiadał Trublet763, iż Formey nie spotkał tego listu już w druku i że to on pierwszy oddał go pod prasę. Znałem go jako bezczelnego rabusia, który bez ceremonii przywłaszcza sobie dochód z dzieła drugich, mimo iż nie okazał wówczas jeszcze tej nieprawdopodobnej bezczelności, aby zedrzeć z książki już opublikowanej nazwisko autora, położyć swoje i sprzedawać ją na swój dochód764. Ale w jaki sposób rękopis dostał się do jego rąk? Było to pytanie nietrudne, zaiste, do rozwiązania, ale ja, w mej naiwności, czułem się nim zakłopotany. Mimo iż w liście swoim odnosiłem się do Woltera w sposób bardzo dlań zaszczytny, mógłby on ostatecznie, mimo swego niezbyt poprawnego postępowania, mieć do mnie słuszne pretensje, gdybym wydrukował ten list bez jego zezwolenia. Postanowiłem tedy napisać doń w tym przedmiocie. Oto ów drugi list, na który Wolter nie dał żadnej odpowiedzi, a którym, aby swobodniej dać folgę swojej wobec mnie brutalności, udał, iż szalenie jest obrażony.
Montmorency, 17 czerwca 1760
Nie myślałem, iżbym miał jeszcze kiedy nawiązać z Panem korespondencję. Ale dowiedziawszy się, iż list, który napisałem do Pana w r. 1756, wydrukowano w Berlinie, czuję się w obowiązku zdać sprawę z postępowania mego w tym względzie i dopełnię tej powinności ze szczerością i prostotą.
List ten, istotnie skierowany do Pana, nie był przeznaczony do druku. Udzieliłem go pod dyskrecją trzem osobom, którym prawa przyjaźni nie pozwalały mi tego odmówić i którym też same prawa jeszcze mniej pozwalały na nadużycie depozytu przez pogwałcenie tajemnicy. Te trzy osoby to pani de Chenonceaux, synowa pani Dupin, dalej hrabina d’Houdetot i pewien Niemiec nazwiskiem Grimm. Pani de Chenonceaux życzyła sobie ujrzeć list ten w druku i prosiła o pozwolenie w tej mierze. Rzekłem, iż zależy to od Pana. Proszono Pana o upoważnienie, Pan odmówił i nie było o tym więcej mowy.
Tymczasem ksiądz Trublet, z którym zresztą nie łączą mnie żadne stosunki, donosi mi, powodowany nadzwyczajną uprzejmością, iż otrzymawszy numery dziennika pana Formey, znalazł list, o który chodzi. W przedmowie, datowanej 23 grudnia 1759, wydawca powiada, iż list ów wpadł mu w ręce przed kilku tygodniami u księgarzy berlińskich765 i że wiedząc, iż tego rodzaju ulotne pisemka znikają niebawem bez powrotu, uważał za właściwe dać mu miejsce w swoim dzienniku.
Oto wszystko, co mi wiadomo. Faktem jest, iż dotąd w Paryżu nie słyszano nawet o tym liście. Faktem jest, że egzemplarz, rękopiśmienny czy drukowany, który wpadł w ręce pana Formey, mógł wyjść jedynie od Pana, co nie jest prawdopodobne, lub od jednej z trzech osób, które przed chwilą wymieniłem. Wreszcie, faktem jest, że te obie panie niezdolne są do takiego nadużycia zaufania. Niepodobna mi więcej dowiedzieć się z mego odludzia. Pan masz stosunki, przy pomocy których łatwo by Panu było — przypuściwszy, że rzecz jest tego warta — dojść do źródła i sprawdzić fakty.
W tym samym liście ksiądz Trublet donosi mi, że zachował numer dziennika w dyskrecji i nie pożyczy go nikomu bez mego pozwolenia, którego z pewnością nie udzielę. Ale być może egzemplarz ten nie jest jedyny w Paryżu. Pragnę, niech mi Pan wierzy, aby listu nie oddano do druku w tym mieście, i zrobię, co będę mógł w tej mierze; ale gdybym nie mógł tego uniknąć i gdybym uwiadomiony na czas mógł zyskać przywilej pierwszeństwa, wówczas nie wahałbym się wydrukować go sam. To mi się wydaje sprawiedliwe i naturalne.