Mniemam, że dostatecznie już wytłumaczyłem, w jaki sposób, nie będąc głupcem, często uchodziłem za niego, nawet u ludzi zdolnych mieć sąd w tej mierze. Sąd ten wypadał tym nieszczęśliwiej, im więcej obiecywano sobie po moich oczach i fizjonomii; to uczucie zawodu przyczynia się jeszcze do podkreślenia mego gamoństwa. Szczegół ten, o którym nadmieniam tu przy sposobności, okaże się w dalszym ciągu nie bez znaczenia. Zawiera on klucz do wielu dziwactw mego postępowania, przypisywanych zazwyczaj dzikości, która zgoła nie jest mą naturą. Lubiłbym towarzystwo jak każdy, gdybym nie miał pewności, iż okazuję się w nim nie tylko w najmniej korzystnej postaci, ale zupełnie inny, niż jestem. Dlatego właśnie tryb życia, jaki obrałem, to jest pisać i pozostawać w ukryciu, najlepiej mi odpowiada. Z obcowania ze mną nikt by się nie domyślił, co jestem wart, nikt by nawet nie podejrzewał tego. Tak np. było z panią Dupin, mimo iż jest to osoba bystra i mimo że spędziłem w jej domu kilka lat; sama mi to później powtarzała. Zresztą, w tym wszystkim nie brak i pewnych wyjątków, do czego jeszcze będę miał sposobność powrócić.
Skoro tedy określono tak stanowczo miarę mych talentów i wskazano najwłaściwszy zawód, była już tylko mowa o tym, jak ułatwić mą wokację204. Trudność była w tym, że nie przeszedłem żadnych studiów; nie posiadałem nawet dosyć łaciny na to, aby zostać księdzem. Pani de Warens wpadła na myśl, aby mnie przygotować przez jakiś czas w seminarium. Pomówiła z przełożonym. Był to lazarysta205 nazwiskiem ksiądz Gross, poczciwy człeczyna, wpółślepy na jedno oko, chudy, szpakowaty, najrozumniejszy i najmniej skłonny do pedanterii ze wszystkich lazarystów, jakich znałem; co zresztą nie mówi zbyt wiele.
Zachodził czasem do mamusi, która go ugaszczała, czuliła się z nim, kokietowała nawet. Niekiedy kazała mu się sznurować, której to czynności podejmował się dość chętnie. Gdy on poważnie wywiązywał się z funkcji, ona uganiała po pokoju to tu, to tam, chwytała się tego i owego. Wleczony za sznurowadło, ksiądz superior206 biegł za nią, narzekając i powtarzając raz po razu: „Ale stójże pani spokojnie!”. Przedstawiało to obrazek dość malowniczy.
Ksiądz Gross przychylił się chętnie do projektu. Zadowolił się umiarkowaną opłatą i podjął się nauki. Chodziło jedynie o zezwolenie biskupa; nie tylko zgodził się, ale podjął się opłacać pensję. Pozwolił również, abym nosił świeckie ubranie do czasu, gdy będzie można ocenić moje widoki.
Cóż za przemiana! Ha, trzeba było się poddać. Szedłem do seminarium jak na ścięcie. Cóż to za smutne miejsce, zwłaszcza gdy się dlań opuszcza dom uroczej kobiety! Wziąłem z sobą jedną książkę, którą mamusia pożyczyła mi na moje prośby i która była mi wielką pociechą. Nie zgadnie nikt, co to za książka: nuty. Między talentami, które mamusia uprawiała, nie brakło i muzyki. Miała ładny głos, śpiewała nieźle i grała na klawikordzie. Była tak dobra, że udzieliła i mnie paru lekcji śpiewu; a trzeba było zaczynać z daleka, ledwie bowiem znałem melodie psalmów. Kilka lub kilkanaście tych kobiecych lekcji, bardzo nieregularnych, nie tylko nie doprowadziło mnie do solfedżiów207, ale nie nauczyło nawet czwartej części znaków muzycznych. Mimo to miałem taką pasję do tej sztuki, że chciałem ćwiczyć się dalej sam. Nuty, które uniosłem z sobą, nie były z najłatwiejszych; były to kantaty Clérambaulta208. Można sobie wyobrazić, jaka była moja pilność i zawziętość, kiedy powiem, że nie znając ani interwałów, ani wartości nut, zdołałem odcyfrować i prześpiewać bez błędu pierwszy recytatyw i pierwszą arię kantaty Alfeus i Aretuza. Prawda, iż utwór ten skandowany jest tak trafnie, że wystarczy rytmicznie czytać wiersze, aby trafić w rytm melodii.
Był w seminarium przeklęty lazarysta, który się zabrał do mej edukacji i który przez sposób, w jaki mnie uczył łaciny, obudził we mnie wstręt do tego języka. Miał wylizane czarne i tłuste włosy, twarz jak z piernika, głos bawoli, spojrzenie puchacza, dziczą szczeć na brodzie; uśmiech miał sardoniczny, członki poruszały się jak kikuty manekina. Zapomniałem jego obmierzłego nazwiska, ale obleśna i złowroga jego twarz tak dobrze mi się wyryła w pamięci, iż trudno mi ją przypomnieć sobie bez drżenia. Czasem zdaje mi się, że jeszcze go spotykam w korytarzu, jak wdzięcznie wysuwa swój lepki od brudu biret, dając znak, abym wszedł do pokoju, okropniejszego dla mnie niż więzienie. Można osądzić wrażenie: podobny nauczyciel dla mnie, który bywałem uczniem dworskiego labusia209!
Gdybym pozostał dwa miesiące wydany na pastwę tego potwora, jestem przekonany, że postradałbym zmysły. Ale poczciwy ksiądz Gross, który widział, że jestem smutny, nie jem, chudnę, odgadł przyczynę strapienia, co zresztą nie było trudno. Wydobył mnie z pazurów bestii, i oto — nowy kontrast, jeszcze jaskrawszy! — oddał mnie najłagodniejszemu z ludzi. Był to młody kleryk nazwiskiem Gâtier, który odbywał lata seminarium i który przez uprzejmość dla księdza Grossa, a myślę, że i przez wrodzoną poczciwość, zechciał ująć nieco czasu studiom i poświęcić go mnie. Nie widziałem nigdy bardziej ujmującej fizjonomii. Włosy blond, broda przechodziła w odcień rudawy: wygląd miał zwyczajny ludziom z owych stron, którzy pod pospolitą postacią kryją zazwyczaj umysł subtelny i bystry. Ale co uderzało najbardziej, to wrażliwa, czuła, kochająca dusza. W niebieskich oczach malowało się jakieś połączenie słodyczy, tkliwości i smutku, które sprawiało, iż ujrzawszy, nie można było minąć go obojętnie. Ze spojrzeń, z głosu biednego młodzieńca można było odgadnąć niejako, że przewiduje swój los i czuje się zrodzony po to, aby być nieszczęśliwym.
Charakter jego, cierpliwy i uprzejmy, był w zgodzie z fizjonomią. Raczej zdawał się uczyć wraz ze mną niżeli mnie nauczać. To wszystko starczyło aż nadto, aby zdobyć mą miłość: poprzednik jego uczynił to zadanie bardzo łatwym. Ale mimo czasu, który mi poświęcał, mimo najlepszej woli nas obu i mimo że brał się bardzo dobrze do rzeczy, czyniłem przy dużym nakładzie pracy małe postępy. Szczególne jest, że mimo iż objęcie210 mam dość łatwe, nie mogłem nigdy nic sobie przyswoić z nauczycielem, wyjąwszy ojca i pana Lambercier. Wszystkiego, co umiem, nauczyłem się sam, jak później się okaże. Umysł mój, niecierpliwy na wszelkie jarzmo, nie umie się poddać przymusowi chwili. Lęk, iż nie zdołam czegoś się nauczyć, rozprasza mą uwagę. Z obawy zniecierpliwienia tego, kto mi wykłada, udaję, że rozumiem, on idzie dalej, a ja nie pojmuję nic i gubię się zupełnie. Duch mój chce iść własnym krokiem i nie umie dostroić się do cudzego.
Ksiądz Gâtier ukończył seminarium i wrócił jako diakon w swoje strony. Uniósł z sobą mój żal, przywiązanie, wdzięczność. Zanosiłem za niego modły, które nie zostały wysłuchane, jak i te, które słałem za samego siebie. W kilka lat później dowiedziałem się, iż będąc wikarym, przyprawił o ciążę jakąś dziewczynę, jedyną, jaką tkliwe jego serce miało w życiu pokochać. W surowo rządzonej diecezji wypadek ten stał się niebywałym skandalem. Księżom chcącym przestrzegać reguły wolno płodzić dzieci jedynie z mężatkami. Za uchybienie temu prawidłu przyzwoitości wtrącono go do więzienia, osławiono211, wygnano. Nie wiem, czy zdołał później zatrzeć te następstwa; ale wspomnienie jego niedoli, głęboko wyryte w mym sercu, wróciło mi na pamięć, kiedy pisałem Emila: jednocząc księdza Gâtier z księdzem Gaime, ulepiłem z tych dwóch zacnych kapłanów oryginał wikarego sabaudzkiego. Pochlebiam sobie, że kopia nie przyniosła hańby pierwowzorom.
Gdy przebywałem w seminarium, pan d’Aubonne musiał opuścić Annecy. Intendentowi zaczęły się nie podobać miłostki z żoną. Postępował w tym jak ów pies ogrodnika212; mimo bowiem, iż pani Corvezi była godna wszelkich względów, sam żył z nią bardzo licho. Południowe upodobania213 czyniły mu jej towarzystwo zbytecznym; obchodził się z nią tak brutalnie, iż była wręcz mowa o separacji. Pan Corvezi był to szpetny człowiek, czarny jak kret, ponury jak sowa. Postępowaniem swym doprowadził do tego, iż w końcu usunięto go ze stanowiska. Powiadają, że Prowansalczycy mszczą się na nieprzyjaciołach piosenką; pan d’Aubonne pomścił się na wrogu komedią i posłał tę sztukę pani de Warens, która mi ją pokazała. Spodobała mi się i obudziła we mnie ochotę napisania też jakiej dla spróbowania, czy jestem w istocie tak tępy, jak autor zawyrokował. Ale dopiero w Chambéry urzeczywistniłem ten zamiar, pisząc sztuczkę pt. Kochanek samego siebie. Zatem, mówiąc w przedmowie do tej sztuki, że napisałem ją w osiemnastym roku, skłamałem o kilka lat.