Do tego czasu mniej więcej odnosi się wypadek mało ważny sam w sobie, ale który nie był bez następstw i narobił wiele hałasu w świecie wówczas, gdy o nim zapomniałem. Raz na tydzień wolno mi było wychodzić; nie potrzebuję mówić, jaki użytek robiłem z tego czasu. Jednej niedzieli, kiedy byłem u mamusi, ogień wszczął się w budynku franciszkanów przylegającym do jej domu. Budynek ten, w którym mieściły się kuchnie klasztorne, pełen był, aż do stropu, suchych drew. Wszystko stanęło w ogniu w jednej chwili. Dom był w wielkim niebezpieczeństwie; płomienie, niesione wiatrem, już poczęły go lizać. Zaczęto go opróżniać w pośpiechu i wynosić meble do ogrodu położonego pod mymi dawnymi oknami, za strumykiem. Byłem tak pomieszany, że rzucałem przez okno, bez różnicy, co mi podpadło pod rękę; między innymi kamienny moździerz, który w innym czasie ledwie byłbym udźwignął. Byłbym gotów wyrzucić nawet wielkie lustro, gdyby mnie ktoś nie wstrzymał. Zacny biskup, który tego dnia bawił u mamusi, nie pozostał bezczynny: zaciągnął ją do ogrodu, gdzie zaczął odprawiać modły wraz z nią i obecnymi; tak iż, nadbiegłszy w chwilę potem, ujrzałem cały dom na kolanach i sam też ukląkłem. Podczas modłów tego świętego człowieka wiatr zmienił kierunek, ale tak nagle i tak w porę, że płomienie, które ogarniały dom i wciskały się już przez okna, zwróciły się w inną stronę dziedzińca. Dom nie ucierpiał żadnej szkody. W dwa lata później, kiedy ksiądz de Bernex umarł, antonianie214, jego dawni współbracia, zaczęli gromadzić dokumenty do jego beatyfikacji. Na prośbę ojca Boudet dołączyłem do tych aktów poświadczenie tego zdarzenia, co było słuszne; zbłądziłem tylko w tym, iż podałem ten fakt za cud. Widziałem biskupa pogrążonego w modlitwie i podczas tej modlitwy, w moich oczach, wiatr zmienił szczęśliwie kierunek — oto co mogłem zeznać i poświadczyć; ale żeby jedna z tych dwóch rzeczy była przyczyną drugiej, tego nie powinienem był stwierdzać, nie mogłem bowiem tego wiedzieć. Wszelako, o ile mogę sobie przypomnieć mój stan pojęć, wówczas szczerze katolicki, działałem w dobrej wierze. Miłość cudowności, tak wrodzona ludzkiemu sercu, cześć dla cnotliwego prałata, tajemna duma, że i sam może przyczyniłem się do cudu — oto co mnie skusiło. Tyle jest pewne, że gdyby istotnie cud ten był skutkiem najżarliwszych modłów, miałbym zaiste prawo mniemać, że i ja nie byłem w nim bez zasługi.
Przeszło trzydzieści lat później, kiedy ogłosiłem moje Listy z gór215, pan Fréron216 odgrzebał, nie wiem jakim sposobem, ten certyfikat i zrobił z niego użytek w dziennikach. Trzeba przyznać, że pomysł był szczęśliwy i na czasie, a zestawienie to mnie samego zabawiło szczerze.
Przeznaczone mi było stać się wyrzutkiem wszystkich zawodów. Mimo iż ksiądz Gâtier wydał co do mych postępów orzeczenie jak mógł najmniej nieprzychylne, jawnym było, że nie stoją one w stosunku do włożonej pracy; to nie było zachęcające, aby prowadzić dalej moje studia. Toteż biskup i superior zniechęcili się i zwrócili mnie pani de Warens jako osobnika, który nie zda się nawet na księdza. Poza tym, mówili, dobry chłopiec i niezepsuty; co było przyczyną, że mimo tylu niekorzystnych opinii nie porzuciła mnie.
Odniosłem w jej dom z tryumfem nuty, z których tak wiele korzystałem. Melodia z Alfeusa i Aretuzy — to mniej więcej wszystko, czegom się nauczył w seminarium. Moje wyraźne zamiłowanie do tej sztuki nasunęło dobrej opiekunce myśl, aby ze mnie zrobić muzyka; a była sposobność po temu. Muzykowano w jej domu przynajmniej raz na tydzień, a kapelmistrz katedralny, który przodował małemu koncertowi, odwiedzał ją często. Był to paryżanin, tytułowany przez wszystkich Mistrzem217, dobry kompozytor, żywy, wesoły, młody jeszcze, dość przyjemnej postaci, nie żaden orzeł, ale zresztą najlepszy człowiek w świecie. Mamusia zapoznała mnie z nim. Polubiłem go bardzo, on też nie był dla mnie źle uprzedzony. Powstał projekt umieszczenia mnie u niego; ugodzono się. Krótko mówiąc, przystałem do niego i spędziłem tam zimę, tym przyjemniej, iż dom jego znajdował się o dwadzieścia kroków od mamusi, mogliśmy tedy być u niej w jednej chwili i często wieczerzaliśmy razem.
Można sobie wyobrazić, że życie na chórze kościelnym, śpiewne i wesołe, w towarzystwie muzykantów i chłopców z chóru, podobało mi się lepiej niż pobyt w seminarium z ojcami lazarystami. Życie to, mimo iż swobodniejsze, było wszelako wcale jednostajne i uregulowane. Było mi przeznaczone kochać niezależność, a nigdy jej nie użyć do syta. Przez pół roku nie wyszedłem ani razu z domu inaczej, jak tylko udając się do mamusi albo do kościoła, i nawet nie miałem żadnej pokusy w tej mierze. To był okres mego życia, w którym cieszyłem się największym spokojem i który wspominam najmilej. W rozmaitych sytuacjach, jakie kolejno przebywałem, niektóre nacechowane były takim uczuciem błogości, że wspominając je, doznaję wzruszenia, jak gdyby jeszcze trwały. Nie tylko przypominam sobie czas, miejsce, osoby, ale wszystkie otaczające przedmioty, temperaturę powietrza, jego zapach, barwę, jakieś nieokreślone wrażenie danego miejsca, którego doznałem tylko tam i które mnie ogarnia na nowo najżywszym wspomnieniem. Tak na przykład wszystko, co ćwiczyliśmy na próbach, wszystko, cośmy śpiewali na chórze, wszystko, co się tam działo, piękny i szlachetny strój kanoników, ornaty księży, mitry kantorów, twarze muzykantów, stary kulawy cieśla, który grał na kontrabasie, młody blondyn, kleryczek rzępolący na skrzypcach, jakaś obstrzępiona sutanna, którą Mistrz, odpiąwszy szpadę, wkładał na świeckie ubranie, i piękna komża z cienkiego płótna, którą zakrywał jej łachy, kiedy udawał się na chór; duma, z jaką trzymając w ręku flecik, sadowiłem się w orkiestrze na trybunie, aby odegrać parę taktów, które Mistrz dopisał umyślnie dla mnie; smaczny obiadek, który nas czekał potem; apetyt, z jakim się do niego siadało — owo pasmo drobnych wydarzeń, odbijające się z całą żywością w mej pamięci, czarowało mnie sto razy wspomnieniem, tak samo i bardziej jeszcze niż w rzeczywistości. Zachowałem zawsze czułość dla jednej melodii z Conditor alme siderum218, idącej jambami219, w którąś bowiem niedzielę adwentu słyszałem z łóżka, jak śpiewano ten hymn przed świtem na stopniach katedry. Panna Merceret, pokojowa mamusi, miała trochę pojęcia o muzyce; nigdy nie zapomnę motetu220 Afferte, który Mistrz kazał mi z nią śpiewać i którego pani de Warens słuchała z taką przyjemnością. Słowem, wszystko, nawet poczciwa służąca Piotrusia, zacna dziewczyna, której chłopaki z chóru tyle psot płatały, wszystko wraca mi nieraz we wspomnieniach owego czasu szczęścia i niewinności, aby mnie czarować i zasmucać.
Żyłem w Annecy blisko od roku bez zarzutu, wszyscy byli ze mnie zadowoleni. Od Turynu nie popełniłem żadnego szaleństwa; a ten piękny stan trwał tak długo, jak długo byłem pod okiem mamusi. Ona mnie prowadziła i prowadziła zawsze dobrze. Przywiązanie do niej stało się mą jedyną namiętnością; a że namiętność ta nie była obłędem, dowodzi, iż serce moje kształtowało mój rozsądek. Prawda, iż jedno jedyne uczucie, pochłaniające niejako wszystkie władze, odejmowało mi możność uczenia się czegokolwiek, nawet muzyki, mimo wszelkiej z mej strony wysiłków. Ale nie było w tym mojej winy; przeciwnie, okazywałem dobrą wolę, pilność i wytrwałość. Byłem roztargniony, marzący, wzdychałem co chwila. Cóż poradzić? Brak postępów zupełnie był niezależny ode mnie. Z drugiej strony, abym znów wrócił na drogę szaleństw, trzeba było jedynie, aby się znalazł ktoś, kto by mnie pociągnął. Ten ktoś zjawił się. Przypadek przyszedł mu z pomocą i jak się pokaże dalej, moja szalona głowa nie umiała się obronić.
Jednego wieczora w lutym, w tęgi mróz, siedząc w domu wkoło ognia, usłyszeliśmy pukanie. Piotrusia bierze latarnię, schodzi, otwiera: jakiś młody człowiek wciska się za nią do pokoju. Przedstawia się swobodnie i zwraca się do Mistrza w dwornym i zgrabnym powitaniu, podając się za muzyka z Francji, który wskutek złego stanu finansów musi szukać w swej sztuce środków opędzenia drogi. Na to miano „muzyk z Francji”, serce zadrżało zacnemu Mistrzowi — kochał namiętnie swój kraj i swą sztukę. Przyjął młodego wędrowca, ofiarował mu łóżko, którego tamten zdawał się mocno potrzebować i które przyjął bez wielkich ceremonii. Przyglądałem mu się, gdy się grzał przy ogniu i gwarzył, czekając wieczerzy. Był średniego wzrostu, ale pleczysty; miał coś niekształtnego, mimo iż bez szczególnego kalectwa, coś jakby karzeł o spłaszczonych ramionach. Zdaje mi się, że i kulał nieco. Miał czarne ubranie, bardziej zniszczone niż stare, które opadało z niego w strzępach; bardzo cienką i bardzo brudną koszulę, piękne koronkowe mankiety, kamasze, z których jeden mógłby pomieścić obie jego nogi; wreszcie jako ochronę od śniegu kapelusik taki, jakie się nosi w salonie pod pachą. Ten komiczny strój miał jednak coś szlachetnego, z czym obejście nie kłóciło się zresztą. Fizjonomię miał bystrą i sympatyczną. Mówił łatwo i dobrze, ale bez cienia skromności. Wszystko znamionowało w nim młodego utracjusza, który otrzymał dobre wychowanie, ale którego awanturniczy temperament popchnął do włóczęgi. Rzekł, iż nazywa się Venture de Villeneuve, że idzie z Paryża i zabłądził w drodze. Po czym, zapominając nieco o roli muzyka, dodał, iż spieszy do Grenoble odwiedzić krewniaka, którego ma tam w parlamencie. Przy wieczerzy rozmowa toczyła się o muzyce. Gość odzywał się z wielką pewnością siebie. Znał wszystkich wirtuozów, wszystkie dzieła, aktorów, aktorki, ładne kobiety, wielkich panów. We wszystkim, o czym była mowa, zdawał się bardzo mocny; ale ledwie dotknął jakiego przedmiotu, zwracał rozmowę na inny za pomocą jakiegoś błazeństwa, z którego się wszyscy śmiali, zapominając, o czym była mowa. Była to sobota, nazajutrz miała być muzyka w katedrze. Mistrz proponuje mu, aby zaśpiewał — odpowiedź: „Bardzo chętnie”; pyta go, jakim głosem śpiewa — „Pierwszy tenor”, i znowuż o czym innym. Nim ruszyliśmy do kościoła, dano mu partię do przejrzenia; nawet okiem na nią nie rzucił. Ta gaskonada221 zdziwiła Mistrza. „Zobaczycie — szepnął mi do ucha — że on ani jednej nuty nie zna”. — „Mocno się obawiam” — odparłem. Szedłem za nimi bardzo niespokojny. Kiedy koncert miał się zacząć, serce biło mi jak młotem, bardzo bowiem obchodził mnie już ten przybłęda.
Uspokoiłem się od pierwszej chwili. Odśpiewał dwa ustępy czysto i z najlepszym smakiem, a co większa, bardzo ładnym głosem. W życiu nie miałem przyjemniejszego zdziwienia. Po mszy Venture był przedmiotem owacji kanoników i muzykantów, na które odpowiadał błaznując, ale zawsze z wdziękiem. Mistrz uściskał go serdecznie, ja również. Widział, że byłem bardzo rad, co, o ile mi się zdaje, sprawiło mu przyjemność.
Każdy mi przyzna, sądzę, iż, zadurzywszy się poprzednio w Bâcle’u, ostatecznie tylko zwykłym włóczędze, mogłem się zapalić do pana Venture, który miał wykształcenie, talent, dowcip, obył się w świecie i który robił wrażenie przemiłego urwisa. Zdarzyło mi się to w istocie, a byłoby się zdarzyło, jak myślę, każdemu młodemu na moim miejscu, o tyle łatwiej jeszcze, o ile miałby więcej rozeznania, aby poznać się na czyichś talentach, i więcej smaku, aby się do nich zapalić. Venture bezsprzecznie był utalentowany, miał zwłaszcza jeden talent, rzadki w jego wieku: nie był natrętny w roztaczaniu swych bogactw. Prawda, iż chełpił się wieloma rzeczami, o których nie miał pojęcia; ale o tych, które umiał, a było ich sporo, nie wspominał nic: czekał sposobności popisu; wówczas, bez zbytniej gorliwości, roztaczał swą biegłość, która, podana w ten sposób, czyniła tym większe wrażenie. Ponieważ po każdym takim sukcesie przerywał niedbale nie wspominając o reszcie, nie wiadomo było kiedy ujrzy się dno skarbnicy. Żartowniś, figlarz, niewyczerpany w konceptach, pełen uroku w rozmowie, zawsze uśmiechnięty a nie śmiejący się nigdy, umiał najwykwintniejszym tonem mówić najgrubsze rzeczy, które mu uchodziły. Kobiety, nawet najskromniejsze, same były zdziwione na ile mu pozwalają. Próżno zdawały sobie sprawę, że trzeba by się pogniewać — nie mogły. Co do niego, zadowalał się zupełnie dziewczętami z ulicy i nie sądzę, aby był stworzony do miłości; ale miał dar wnoszenia niesłychanego uroku w towarzystwo innych, szczęśliwszych odeń w tym względzie. Trudno wyobrazić sobie, aby przy tylu przemiłych talentach w kraju, w którym umieją się na nich poznać i ocenić je, mógł długo pozostać w sferze podrzędnych muzyków.
Moja przyjaźń dla pana Venture’a, jakkolwiek żywsza i trwalsza niż uczucie, które powziąłem dla Bâcle’a, bardziej była usprawiedliwiona w swej przyczynie, a zarazem mniej żałosna w skutkach. Lubiłem go widywać, rozmawiać z nim. Wszystko, co robił, zdało mi się zachwycające, co mówił, było mi wyrocznią, ale zacietrzewienie nie szło tak daleko, abym się z nim nie mógł rozłączyć. Miałem tuż obok siebie najlepszą ochronę przeciw takim wybrykom. Zresztą, jasne mi było, iż zasady jego, wyborne dla niego samego, nie nadawały się zgoła dla mnie. Mnie trzeba było innych rozkoszy, o jakich on nie miał pojęcia i o których nie śmiałem nawet z nim mówić, pewny, iż wyśmiałby mnie. Mimo to pragnąłem połączyć moje przywiązanie dla niego z owym innym, które władało w mym sercu. Opowiadałem o nim mamusi z entuzjazmem. Mistrz również dołączał swoje pochwały. Pozwoliła go przyprowadzić. Ale spotkanie zawiodło zupełnie: on ujrzał w niej pretensjonalną wykwintnisię, ona w nim urwisa i nicponia. Zaniepokojona tak podejrzaną znajomością, nie tylko nie pozwoliła więcej go sprowadzać, ale odmalowała mi tak wymownie niebezpieczeństwo tego towarzystwa, że stałem się nieco powściągliwszy w przyjaźni. Zresztą, bardzo szczęśliwie dla mych obyczajów i rozsądków, niebawem rozstaliśmy się.