Przybyliśmy do Toune. Osuszyłem się gruntownie, zjedliśmy śniadanie. Następnie trzeba było przystąpić do ważnej sprawy obiadu. Panny, krzątając się w kuchni, raz po razu dawały buziaki dzieciom szafarki, a biedny improwizowany kuchta patrzył na to, zżymając się z zazdrości. Posłano po zapasy do miasta i wkrótce było z czego sporządzić dobry obiad, szczególnie pod względem łakoci; nieszczęściem, zapomniano o winie. Zapomnienie to nie miało w sobie nic dziwnego ze strony dziewcząt, które nie używały tego trunku; ale mnie było dość nie na rękę, ponieważ liczyłem nieco na jego ośmielające działanie. One zdawały się również zmartwione, może dla tej samej przyczyny, choć nie sądzę. Żywa i urocza ich wesołość oddychała niewinnością, a zresztą cóż by we dwie zrobiły ze mną jednym? Posłały po wino w sąsiedztwo: nigdzie nie można było znaleźć, tak mieszkańcy tej okolicy są ubodzy i wstrzemięźliwi. Kiedy panny ubolewały nad tym, odparłem, iż nie ma się czym kłopotać i że nie trzeba im wina, by mnie upoić. Oto jedyna dworność, z jaką ośmieliłem się wyruszyć przez cały dzień; ale sądzę, że te szelmutki widziały po mnie dobrze, jak dalece było to prawdą.
Zasiedliśmy do obiadu w kuchni: przyjaciółki na ławkach, po dwóch bokach podłużnego stołu, gość między nimi, na zydelku. Co za obiad! Co za urocze wspomnienie! Po co, mogąc równie tanim kosztem smakować tak czystych i prawdziwych rozkoszy, ludzie uganiają się za innymi? Nigdy żadna wieczerza paryskich modniś nie dorównała temu obiadowi, nie tylko wesołością, słodyczą uciech, ale i upojeniem zmysłów.
Po obiedzie uchwaliliśmy małą oszczędność: miast wypić kawę, która została od śniadania, zachowaliśmy ją na podwieczorek wraz ze śmietanką i ciastkami, które panienki przywiozły ze sobą; dla podsycenia zaś apetytu, poszliśmy do sadu spożyć na deser trochę wiśni. Wszedłem na drzewo i rzucałem im całe garście owocu; one odrzucały mi pestki poprzez gałęzie. Raz panna Galley, wysuwając fartuszek i przechylając w tył głowę, nadstawiła się tak dobrze, że pęk wisien wpadł prosto za gors; dopieroż było śmiechu! Mówiłem sam do siebie w duchu: „Czemuż usta moje nie są wiśnią! Jakżebym chętnie cisnął im je, z jak szczerego serca!”.
Dzień spłynął na igraszkach pełnych swobody, a zarazem niewinności. Ani jednego dwuznacznego słowa, ani jednego ryzykownego żartu; a skromność ta nie była jakimś narzuconym przymusem, wynikała sama z siebie; ton ten poddawały nam serca. Słowem, skromność moja — kto inny powie: głupota — była taka, iż największą poufałością, na którą sobie pozwoliłem, był jeden jedyny pocałunek w rękę panny Galley. Prawda, iż okoliczności, w których się to stało, dodawały ceny temu lekkiemu faworowi231. Byliśmy sami; ja oddychałem z trudnością, ona miała spuszczone oczy. Usta moje, miast szukać wyrazów, ośmieliły się przycisnąć do jej dłoni, którą ona cofnęła natychmiast, patrząc na mnie wszelako oczyma bynajmniej nie wyrażającymi gniewu. Nie wiem, co bym jej powiedział, ale weszła przyjaciółka, która w tej chwili wydała mi się szpetną.
W końcu panny przypomniały sobie, iż nie należy czekać nocy z powrotem do miasta. Ledwo mieliśmy czas zdążyć przed zmierzchem. Ruszyliśmy spiesznie sadowiąc się tak, jakeśmy jechali. Gdybym miał odwagę, odmieniłbym ten porządek: spojrzenie panny Galley zapadło mi w serce; ale nie śmiałem nic powiedzieć, a nie jej rzeczą było to podsuwać. W drodze powtarzaliśmy sobie, że szkoda, iż ów dzień się skończył; ale nie mogliśmy rzec, aby nam się wydał krótki, umieliśmy go przedłużyć tysiącem zabaw, wypełniając go w najmilszy sposób.
Rozstałem się z dziewczętami mniej więcej tam, skąd mnie zabrały. Z jakimż żalem rozłączyliśmy się! Z jakąż radością układaliśmy projekty nowego spotkania! Dwanaście godzin spędzonych razem stanowiły dla nas wieki całe. Słodkie wspomnienie tego dnia nie kosztowało tych lubych dziewczątek żadnej ofiary. Tkliwa przyjaźń między nami trojgiem z pewnością warta była tyleż, co inne żywsze słodycze, przy których nie mogłaby się ostać: kochaliśmy się bez tajemnicy i wstydu i chcieliśmy się zawsze tak kochać. Czystość obyczajów ma swą rozkosz, wyższą może od innej, ponieważ nie podlega zmąceniu: odczuwa się ją wciąż jednako. Co do mnie, wiem, że wspomnienie tak pięknego dnia wzrusza, czaruje mnie więcej, bardziej przypada mi do serca niż pamięć jakichkolwiek rozkoszy kosztowanych w życiu. Nie zdawałem sobie zbyt jasno sprawy, jakie były me pragnienia w stosunku do tych dwóch uroczych istot, ale pociągały mnie obie w wysokim stopniu. Nie powiadam, iż gdybym był mocen pokierować wypadkami, serce me stanęłoby na rozdrożu; owszem232, czułem w mych skłonnościach niejaką różnicę. Byłbym szczęśliwy, gdybym mógł być kochankiem panny de Graffenried; ale, mogąc wybierać, sądzę, że wolałbym ją za powiernicę. Jak bądź się rzeczy miały, rozstając się z nimi, miałem uczucie, iż nie potrafiłbym już żyć bez obu. Któż by mi powiedział, że nie ujrzę ich już w życiu i że na tym się skończy ta ulotna miłostka?
Ci, którzy będą czytali te karty, uśmiechną się pewnie z mych przygód miłosnych, widząc, jak, po wielu wstępach, najdalej posunięte kończą się pocałunkiem w rękę. O czytelnicy! Nie dajcie się zmylić pozorom! Więcej może zaznałem rozkoszy w moich miłościach, kończąc na owym pocałunku w rękę, niż wy ich zakosztujecie kiedy, zaczynając co najmniej od tego.
Venture, który położył się poprzedniego dnia bardzo późno, wrócił do domu wkrótce po mnie. Tym razem ujrzałem go z mniejszą przyjemnością niż zwykle i nie postało mi w myśli spowiadać mu się z mego dnia. Panienki wyrażały się o nim z niewielkim szacunkiem i zdawały się nierade, dowiedziawszy się, iż znajduję się w tak niedobrych rękach: to mnie zraziło nieco. Zresztą, wszystko, co mnie odrywało od myśli o nich, mogło mi być tylko przykre. Venture przywołał mnie niebawem do opamiętania, uświadamiając mi położenie. Było ono zbyt krytyczne, aby móc trwać. Jakkolwiek wydawałem na siebie bardzo mało, zapasik mój miał się ku końcowi; po czym zostawałem bez środków. Żadnych wiadomości od mamusi. Nie wiedziałem, co z sobą począć, i czułem okrutne ściśnięcie serca, widząc, iż przyjaciela panny Galley czeka w perspektywie życie z jałmużny.
Venture powiedział mi, że wspomniał o mnie sędziemu powiatowemu, że jutro chce mnie doń zaprowadzić na obiad. Twierdził, iż człowiek ten będzie mi mógł dopomóc przez swoich przyjaciół. Zresztą, znajomość była korzystna sama przez się: człowiek piśmienny, wykształcony, miły w pożyciu, sam utalentowany i ceniący talent u drugich. Następnie, mieszając wedle swego obyczaju rzeczy poważne do najpłochszej swywoli, pokazał mi ładny kuplecik233, przysłany mu z Paryża, na nutę arii z opery Moureta234, którą podówczas dawano. Kuplet ten tak spodobał się panu Simon (nazwisko sędziego), że pragnął ułożyć nowy, niejako w odpowiedzi na ten, na tę samą melodię. Polecił Venture’owi, aby napisał drugi, ten zaś uparł się, bym ja skomponował trzeci; powiadał, że to będzie bardzo zabawne, taka wojna na kuplety.
W nocy, nie mogąc usnąć, skleciłem, jak umiałem, mą strofkę. Jak na pierwsze wiersze w życiu, były one wcale znośne; lepsze z pewnością, a przynajmniej ułożone z większym smakiem, niżbym to był zdolny uczynić na dobę przedtem, ile że przedmiot kręcił się koło bardzo czułego tematu, do którego serce moje wybornie było nastrojone. Pokazałem rano kuplet Venture’owi, spodobał mu się. Schował go do kieszeni, nie mówiąc nic, czy i sam co ułożył. Udaliśmy się do pana Simon, który przyjął nas nader uprzejmie. Rozmowa była przyjemna, nie mogło być inaczej w towarzystwie dwóch ludzi pełnych dowcipu i oczytania. Co do mnie, trzymałem się swej roli: przysłuchiwałem się i milczałem. Ani jeden, ani drugi nie wspomnieli o kuplecie, ja również; i nigdy, o ile mi wiadomo, nie było mowy o moim utworze.