Pan Simon zdawał się rad z mego zachowania; to było mniej więcej wszystko, co mógł o mnie wiedzieć z tej wizyty. Spotykał mnie już poprzednio u pani de Warens, nie zwracając na mnie większej uwagi. Tak tedy dopiero ten obiad mogę liczyć za datę naszej znajomości, która, biorąc praktycznie, nie przydała mi się na nic, ale z której wyciągnąłem inne, cenniejsze może korzyści; i dla nich wspominam ją zawsze ze szczerą przyjemnością.

Nie mogę pominąć milczeniem wyglądu tej osobistości; znając go bowiem jedynie z tego, co tu mówię o nim jako urzędniku oraz o talentach, które stanowiły przedmiot jego ambicji, nikt by się nie domyślił jego zewnętrznej postaci. Sędzia Simon miał z pewnością nie więcej niż dwie stopy235 wysokości. Nogi jego, proste, drobne i nawet dość długie, byłyby mu przydały wzrostu, gdyby były prostopadłe; ale rozchodziły się ukośnie jak ramiona bardzo otwartego kompasu. Korpus był nie tylko krótki, ale szczupły i niesłychanie drobny. Wyobrażam sobie, iż, nagi, musiał być podobny do szarańczy. Głowa, naturalnej wielkości, o regularnych rysach, szlachetnym wejrzeniu, z dość ładnymi oczyma, zdawała się sztuczną głową osadzoną w kikucie. Mógłby sobie oszczędzić wydatków na ubranie, wielka peruka ubierała go sama od stóp aż do głowy.

Miał dwa rodzaje głosu, zupełnie odmienne, które przeplatały się wciąż, kiedy rozmawiał, wywołując tym zabawne zrazu, ale wkrótce bardzo przykre kontrasty. Jeden głos był poważny i dźwięczny; był to, jeżeli można tak rzec, głos jego głowy. Drugi, jasny, ostry i przenikliwy, to był głos jego ciała. Kiedy bardzo uważał na siebie, kiedy mówił z namysłem, oszczędzając oddechu, mógł mówić stale swym głębokim głosem; ale ilekroć ożywił się i wziął ton nieco żywszy, głos brzmiał jak świstanie na kluczu i z największą trudnością przychodziło mu wrócić do basu.

Przy tej postaci, którą tu odmalowałem bez najmniejszej przesady, pan Simon był wielki galant236, komplemencista i aż do kokieterii dbały o swój wygląd. Ponieważ chciał się zawsze wydać najkorzystniej, udzielał chętnie audiencji rano w łóżku. Widząc tę piękną głowę na poduszkach, nikt nie przypuszczał nawet, że to jest wszystko. To dawało niekiedy powód do scen, które, jestem pewien, całe Annecy przypomina sobie jeszcze.

Jednego dnia, leżąc w łóżku, lub raczej na łóżku, sędzia oczekiwał klientów, strojny w cienki i biały czepek nocny, z dwoma dużymi pomponami z różowych wstążek. Przychodzi jakiś wieśniak i puka. Służąca gdzieś wyszła. Sędzia, słysząc powtórne pukanie, woła: „Proszę!”. Słowo to, wymówione zbyt głośno, wymknęło mu się dyszkantem. Człowiek wchodzi, szuka, skąd wyszedł ten głos kobiecy, a widząc w łóżku czepek z fantazyjnymi wstążkami, chce wyjść, tłumacząc się uniżenie przed jaśnie panią. Pan Simon wpada w złość, krzycząc przez to jeszcze cieniej. Chłopek, utwierdzony w pomyłce, czując się obrażony, bierze z innego tonu, wymyśla rzekomej pani od ulicznic i ścierek, i wykrzykuje, iż pan sędzia nie świeci w domu zbyt dobrym przykładem. Sędzia, wściekły, mając za jedyną broń nocnik przy łóżku, już miał go rzucić nieborakowi na głowę, kiedy wbiegła służąca.

Ten karzełek, tak upośledzony przez przyrodę, otrzymał od niej hojne dary umysłu, który, z natury pełen wdzięku, umiał jeszcze przyozdobić. Mimo iż wedle powszechnego zdania był idealnym prawnikiem, nie lubił swego zawodu. Rzucił się w literaturę nie bez powodzenia. Zdobył w niej ów błyszczący polor, ów kwiat, który daje tyle uroku w obcowaniu, zwłaszcza z kobietami. Znał na pamięć wszystkie anegdotki światowych kulis. Umiał je znakomicie podać, opowiadając z przejęciem, tajemniczo, jako nowalie ostatniego dnia rzeczy, które zdarzyły się przed sześćdziesięciu laty. Uprawiał nieco muzykę i śpiewał przyjemnie swoim męskim głosem. Słowem, jak na biurokratę posiadał wiele miłych talentów. Tak wytrwale wdzięczył się do wszystkich dam w Annecy, aż wreszcie zyskał wśród nich prawo obywatelstwa; dreptał za ich spódniczką jak piesek. Miał nawet pretensje zdobywcy serc, co je serdecznie bawiło. Niejaka pani d’Epagny powiada, iż naturalnym kresem szczęśliwości było dlań pocałować kobietę w kolano.

Ponieważ znał wiele dobrych książek i chętnie o nich mówił, rozmowa z nim była nie tylko zajmująca, ale i pouczająca. Później, kiedy nabrałem zamiłowania do nauk, pielęgnowałem tę znajomość z wielką dla siebie korzyścią. Chodziłem często do niego z Chambéry, gdzie mieszkałem wówczas. Chwalił i podsycał mój zapał, dając mi co do lektury dobre wskazówki, z których nieraz korzystałem. Na nieszczęście w tym wątłym ciele mieszkała tkliwa dusza. W kilka lat później dotknęło go jakieś przykre wydarzenie i z tego umarł. Szkoda go, był to poczciwy człeczyna, który bawił zrazu, ale którego w końcu musiało się pokochać. Mimo iż stykaliśmy się niewiele, otrzymałem od niego sporo użytecznych wskazówek; sądziłem tedy, iż mogę przez wdzięczność poświęcić mu tych parę słów wspomnienia.

Skoro znalazłem chwilę czasu, pobiegłem na ulicę, gdzie mieszkała panna Galley, pieszcząc nadzieję, iż spotkam kogoś wchodzącego lub wychodzącego albo że bodaj okno się uchyli. Nic, ani żywej duszy; dom był tak cichy i zamknięty, jak gdyby w nim nikt nie mieszkał. Ulica była mała i odludna; łatwo było na niej zauważyć człowieka. Od czasu do czasu ktoś przechodził w pobliżu. Zacząłem mieć bardzo głupią minę: zdawało mi się, że każdy zgaduje po co tu sterczę, i ta myśl przyprawiała mnie o tortury, zawsze bowiem nad własną przyjemność przekładałem honor i bezpieczeństwo osób, które mi były drogie.

Wreszcie, znużony rolą hiszpańskiego kochanka i nie mając gitary, postanowiłem napisać do panny de Graffenried. Byłbym wolał napisać wprost do jej przyjaciółki, ale nie śmiałem; bardziej zresztą wypadało mi pisać do tej, przez którą zawarłem tę znajomość i z którą byłem bliżej. Napisawszy list, zaniosłem go do panny Giraud, tak jak się umówiłem z panienkami. Panna Giraud była hafciarką i pracując niekiedy u pani Galley, miała wstęp do jej domu. Pośredniczka nie wydała mi się szczęśliwie dobrana, ale bałem się, że gdybym robił trudności co do tej drogi, nie wskażą mi żadnej innej. Co więcej, nie śmiałem się przyznać, że ta brzydula miała na mnie sama jakieś widoki. Poniżało mnie, iż ona, w stosunku do mnie, mogła się uważać za osobę tej samej płci co moje urocze przyjaciółki. Ostatecznie wolałem to pośrednictwo niż żadne i puściłem się237 na hazard.

Za pierwszym słowem panna Giraud przejrzała mnie, co nie było trudno. Gdyby nawet list przeznaczony dla panienek nie mówił sam za siebie, zdradziłaby mnie głupia i zakłopotana mina. Można się domyślić, że to zlecenie nie sprawiło jej przyjemności; podjęła się go wszelako i dopełniła wiernie. Nazajutrz rano pobiegłem do niej i znalazłem odpowiedź. Jakże mi pilno było wyjść, by ją odczytywać i całować do woli! Nie potrzebuję tego powiadać. Uważam natomiast, iż trzeba mi podnieść zachowanie się panny Giraud, która okazała w tym więcej delikatności i umiarkowania, niżbym się spodziewał. Mając dość zdrowego rozsądku, aby widzieć, że w swoich trzydziestu siedmiu latach, ze swymi zajęczymi oczami, zatabaczonym nosem, chrypliwym głosem i czarniawą cerą nie miała szans powodzenia wobec dwóch młodych osób pełnych wdzięku i w rozkwicie piękności, nie chciała ani zdradzić ich, ani im służyć i wolała raczej mnie stracić, niż oddać mnie w ich ręce.