W tym mniej więcej czasie po zawarciu pokoju armia francuska wracała przez góry. Wielu oficerów odwiedziło mamusię, między innymi hrabia de Lautrec, pułkownik pułku orleańskiego, później ambasador w Genewie i wreszcie marszałek Francji. Zostałem mu przedstawiony. Z tego, co mu mamusia o mnie powiedziała, zdawał się bardzo mną przejęty; poczynił mi różne nadzieje, o czym przypomniał sobie dopiero w ostatnim roku swego życia, wówczas kiedy już nie potrzebowałem jego usług. Młody margrabia de Sennecterre, którego ojciec był wówczas ambasadorem w Turynie, przejeżdżał w tym samym czasie przez Chambéry. Był na obiedzie u pani de Menthon; ja również. Po obiedzie rozmowa zeszła na muzykę, w której był kuty na cztery nogi. Opera Jephte326 była wówczas nowością; wspomniał o niej, przyniesiono nuty. Zadrżałem, kiedy mi zaproponował, abyśmy we dwóch wykonali tę operę. Otwierając, natrafił na ten sławny ustęp na dwa chóry:

Ziemia, niebo, piekło samo,

Wszystko korzy się przed Panem.

Rzekł do mnie: „Ile pan chcesz objąć partii? Ja podejmuję się tych sześciu”. Nie byłem jeszcze przyzwyczajony do tej francuskiej werwy; mimo iż niekiedy zdarzyło mi się odstękać jaką partycję, nie mogłem zrozumieć, w jaki sposób jeden człowiek może wykonać sześć partii, a choćby dwie. Nie było dla mnie uciążliwszej rzeczy w muzyce niż takie lekkie przeskakiwanie z jednej partii do drugiej i równoczesne ogarnianie okiem całej partytury. Ze sposobu, w jaki wywiązałem się z zadania, pan de Sennecterre musiał nabrać podejrzenia, że nie mam pojęcia o muzyce. Może dla sprawdzenia tej wątpliwości zaproponował mi spisanie melodii, którą chciał ofiarować pannie de Menthon. Nie mogłem się wymówić. Zaśpiewał piosenkę, ja notowałem, nie żądając zbyt wielu powtórzeń. Odczytał ją i znalazł, że jest bardzo poprawnie zanotowana, bo też tak było. Widząc poprzednio me zakłopotanie, podkreślał teraz z przyjemnością ten mój drobny tryumf. Była to wszelako rzecz nader prosta. W gruncie posiadałem muzykę bardzo dobrze; brakło mi jedynie owego błyskawicznego rzutu oka, którego nie miałem nigdy w niczym, a który w muzyce można nabyć jedynie długą praktyką. Bądź co bądź, wdzięczny mu byłem za tę miłą gorliwość, z jaką starał się zatrzeć w oczach drugich i moich własnych mały wstyd, którego doznałem poprzednio. W dwanaście czy piętnaście lat później, spotykając się z nim w salonach paryskich, miałem wiele razy pokusę przypomnieć mu to zdarzenie i okazać, iż zachowałem pamięć o nim. Ale od tego czasu stracił oczy; lękałem się odnowić jego ranę, przypominając mu ich dawniejszą sprawność, zmilczałem przeto.

Dotykam tu momentu, który stanowi poniekąd łącznik mej minionej egzystencji z obecną. Niektóre przyjazne stosunki z tamtej epoki, przeciągając się w późniejszą, stały mi się bardzo cenne. Często przyszło mi żałować owego szczęśliwego czasu skromnej mierności, kiedy ci, którzy oświadczali mi się z przyjaźnią, kochali mnie dla mnie samego, przez prostą życzliwość, a nie przez próżność utrzymywania stosunków z głośnym człowiekiem lub przez ukrytą chęć szkodzenia mi. Od owego to czasu datuje pierwsza znajomość z moim starym przyjacielem Gauffecourt, który pozostał nim zawsze, mimo wszelkich starań, jakie czyniono, aby go ode mnie odwrócić. Zawsze pozostał! Nie. Niestety! Straciłem go niedawno. Ale nie przestał mnie kochać, póki żył, i przyjaźń nasza zgasła dopiero z nim samym. Pan de Gauffecourt był to jeden z najmilszych ludzi jacy istnieli. Niepodobna go było poznać, aby go nie polubić, a żyć z nim bliżej, aby się doń nie przywiązać na zawsze. W życiu nie widziałem fizjonomii bardziej otwartej, serdecznej, pogodnej, bardziej tryskającej uczuciem i rozumem, bardziej budzącej zaufanie. Choćby się było nie wiem jak powściągliwym, mimo woli od pierwszego zetknięcia było się z nim tak poufale, jakby się go znało od lat dwudziestu. Ja, który się tak trudno oswajam z widokiem nowych twarzy, z nim czułem się swobodny natychmiast. Jego ton, akcent, rozmowa były w zupełnej zgodzie z fizjonomią. Dźwięk głosu miał jasny, pełny; dźwięczny, piękny bas, jędrny i wnikliwy, który radował ucho i wibrował w sercu. Niepodobna, by mogła istnieć równiejsza i bardziej luba wesołość, prostszy i naturalniejszy wdzięk, milsze i pielęgnowane z większym smakiem talenty. Dołączcie do tego serce kochające, ale kochające nieco nadto cały świat, charakter uczynny bez wyboru, z zapałem gotowy oddać się na usługi przyjaciół lub raczej widzący przyjaciół w ludziach, którym mógł usłużyć; przy tym umiejący zręcznie załatwiać własne sprawy, załatwiając bardzo gorąco sprawy drugich. Gauffecourt był synem prostego zegarmistrza i sam też był zegarmistrzem. Ale talenty jego, jak i jego warunki, przeznaczały go do innej sfery, gdzie też niebawem znalazł poczesne miejsce. Zapoznał się z panem de la Closure, posłem francuskim w Genewie, który nabrał doń sympatii. Polecił go w Paryżu przyjaciołom; dzięki stosunkom zyskał sobie dostawę soli w Valais, co równało się dwudziestu tysiącom funtów rocznie. Ale o ile mężczyźni darzyli go sympatią, kobiety po prostu cisnęły się do niego; kłopot miał tylko z wyborem. Rzeczą rzadką i najzaszczytniej o nim świadczącą było to, iż mając stosunki we wszystkich sferach, wszędzie był lubiany, rozrywany w każdym towarzystwie, a nigdy nie ściągnął na siebie niczyjej zazdrości ani nienawiści; sądzę, że umarł, nie uczyniwszy sobie w życiu ani jednego wroga. Szczęśliwy człowiek! Odwiedzał co roku kąpiele w Aix, gdzie się zbiera wykwintny świat okoliczny. Zażyły z całą szlachtą sabaudzką, przybył z Aix do Chambéry odwiedzić hrabiego de Bellegarde i ojca jego, margrabiego d’Antremont, w którego domu mamusia mnie z nim zapoznała. Znajomość ta, która zdawała się nie mieć żadnych widoków i na szereg lat się przerwała, odnowiła się przy sposobności, o której powiem i zmieniła się w prawdziwą przyjaźń. Ale gdyby nawet wspomnienie jego nie tyczyło mnie tak blisko osobiście, był to człowiek tak uroczy i tak obdarzony przez naturę, iż dla samej czci rodzaju ludzkiego uważałbym, iż godzi się przechować jego pamięć. Ten tak czarujący człowiek miał zapewne, jak się okaże, swoje wady, ale gdyby ich nie miał, nie byłby może tak uroczy.

Druga przyjaźń z owego czasu jeszcze nie wygasła i mami mnie dotąd tą nadzieją doczesnego szczęścia, która tak trudno zamiera w sercach ludzi. Pan de Conzié, szlachcic sabaudzki, wówczas młody i ujmującej postaci, powziął kaprys uczenia się muzyki lub raczej zbliżenia się z tym, który jej uczył. Z bystrością i smakiem w rzeczach sztuki pan de Conzié łączył słodycz charakteru, która czyniła go bardzo miłym i serdecznym w pożyciu — cnoty, które i ja posiadam w wysokim stopniu, o ile je czuję w drugich. Niebawem zaprzyjaźniliśmy się327. Zarodek literatury i filozofii, który zaczynał fermentować w mej głowie i potrzebował jedynie nieco uprawy i podniet współzawodnictwa, aby się rozwinąć, znalazł je w tym zbliżeniu. Pan de Conzié mało miał zdolności do muzyki; to było dla mnie wielkie szczęście; lekcje schodziły nam na czym innym niż na solfedżjowaniu. Śniadaliśmy razem, rozmawiali, czytali to i owo z nowości, o muzyce ani słowa. Korespondencja Woltera328 z księciem pruskim329 napełniała wówczas świat rozgłosem. Rozmawialiśmy często o tych dwóch sławnych ludziach, z których jeden, od niedawna na tronie, zapowiadał się takim, jakim się miał niebawem okazać, drugi zaś, równie mieszany z błotem jak dziś jest otoczony podziwem, budził w nas szczere współczucie z powodu nieszczęść, które tak często są klątwą wielkich talentów. Książę pruski nie zaznał szczęścia w miłości; Wolter nie miał — zdawało się — pokosztować go nigdy. Zainteresowanie, które budzili w nas obaj, rozciągało się na wszystko, co ich tyczyło. Wszystko, co Wolter napisał, wertowaliśmy natychmiast. Przyjemność, jaką znajdowałem w tej lekturze, obudziła we mnie chęć wykwintnego władania piórem; starałem się naśladować piękny styl autora, którym byłem oczarowany. W jakiś czas potem pojawiły się jego Listy filozoficzne330. Mimo iż nie są z pewnością najlepszym dziełem Woltera, one to zwłaszcza pchnęły mnie ku studiom literackim i to zamiłowanie, raz zrodzone, nigdy od tego czasu nie wygasło.

Nie nadeszła wszelako chwila, aby się mu na serio poświęcić. Tkwiła we mnie jeszcze jakaś zmienność usposobienia, jakiś koczowniczy pęd, raczej hamowany niż uśpiony, podsycony zresztą trybem domu pani de Warens, zbyt hałaśliwym dla mego samotnictwa. Ta zgraja nieznajomych, którzy napływali tam co dzień ze wszystkich stron; do tego przekonanie, iż wszyscy ci ludzie starają się ją jedynie wyzyskać i wywieść w pole, każdy na swój sposób — wszystko to czyniło mi dom miejscem tortury. Od czasu jak, objąwszy miejsce po Klaudiuszu w ufności jego pani, patrzałem z bliska na stan jej interesów, widziałem, iż zło postępuje w sposób dla mnie przerażający. Sto razy przedkładałem, prosiłem, nalegałem, zaklinałem; zawsze na próżno. Rzucałem się do jej stóp, przedstawiając w energicznych słowach wiszącą katastrofę; upominałem, aby ograniczyła wydatki, zacząwszy ode mnie samego, aby raczej przecierpiała trochę, póki jeszcze jest młoda, niżby miała, mnożąc długi i wierzycieli, narażać schyłek lat na nędzę i utrapienie. Wzruszona szczerością mego zapału, roztkliwiała się wraz ze mną i przyrzekała cuda. Ale zjawił się jakiś wydrwigrosz i już zapomniała o wszystkim. Po tysiącznych daremnych próbach cóż mi zostawało, jak odwracać oczy od złego, któremu nie mogłem zapobiec? Wydalałem się z domu, którego drzwi nie byłem mocen ustrzec. Robiłem wycieczki do Nyonu, Genewy, Lyonu; podróże, które odrywając mnie od mej tajemnej zgryzoty, pomnażały zarazem jej przyczynę przez wydatki z nimi połączone. Mogę przysiąc, byłbym z radością ścierpiał wszelkie ograniczenia, gdyby mamusia miała jakąś korzyść z tej oszczędności; ale pewny, iż to, czego ja sobie odmawiam, przechodzi w ręce hultajów, korzystałem z jej rozrzutności, cisnąc się niejako z nimi do podziału. Podobny owemu psu wracającemu z rzeźni, unosiłem swój ochłap z kawałka mięsa, którego nie mogłem ocalić.

Nie brakowało zresztą pozorów do wszystkich tych podróży. Mamusia sama mogła mi ich dostarczyć pod dostatkiem, tyle wszędzie miała stosunków, spraw, negocjacji, poleceń wymagających kogoś pewnego. Chętnie korzystała z mych usług, ja skwapliwie chwytałem sposobność; co wszystko razem składało się na życie dość wędrowne. Tym podróżom zawdzięczam parę znajomości, które w przyszłości okazały mi się użyteczne lub przyjemne; między innymi w Lyonie znajomość z panem Perrichon; żałuję, iż nie dość ją pielęgnowałem, zważywszy, iż okazywał mi wiele łaskawości; znajomość z dobrym Parisot, o którym wspomnę jeszcze; w Grenoble z panią Deybens i z prezydentową de Bardonanche, kobietą wielkiego rozumu, która byłaby mnie polubiła, gdybym miał sposobność częściej ją widywać. W Genewie poznałem się z panem de la Closure, który opowiadał mi o mojej matce, ile że mimo śmierć i upływ lat serce jego nie mogło jej zapomnieć. Takoż z dwoma panami Barillot, synem i ojcem; ojciec, który nazywał mnie wnukiem, był to człowiek niezmiernie miły, jeden z najzacniejszych, jakich znałem. Podczas zamieszek Rzeczypospolitej ci dwaj obywatele wmieszali się w dwie przeciwne partie: syn w partię mieszczańską, ojciec w urzędniczą. Kiedy chwycono za broń w roku 1737, widziałem, będąc w Genewie, jak ojciec i syn wychodzili uzbrojeni z tego samego domu, jeden udając się na ratusz, drugi na swą kwaterę, w tym poczuciu, iż za dwie godziny znajdą się naprzeciw siebie, aby się mordować wzajem. Ten okropny widok wywarł na mnie takie wrażenie, że przysiągłem sobie nie przykładać nigdy ręki do żadnej wojny domowej i nie obstawać nigdy wewnątrz państwa za wolnością z bronią w ręku, ani moją osobą, ani moim zdaniem, jeślibym kiedykolwiek wrócił do praw obywatela. Oddaję sobie świadectwo, iż dotrzymałem tej przysięgi w dość drażliwej sytuacji i sądzę, iż powściągliwość tę powinno mi się liczyć za pewną zasługę.

Ale wówczas daleko byłem od owej pierwszej fermentacji patriotyzmu, jaką widok Genewy pod bronią wzniecił w mym sercu. Jak bardzo byłem od tego odległy, można osądzić z obciążającego dla mnie faktu, którego zapomniałem umieścić w swoim miejscu, a którego nie powinienem był opuścić.

Wuj Bernard wyjechał przed kilku laty do Karoliny, aby tam budować miasto Charlestown331, wedle stworzonego przez siebie planu: wkrótce potem umarł tam. Mój biedny krewniak również zginął w służbie króla pruskiego; w ten sposób ciotka prawie równocześnie straciła męża i syna. Straty te odgrzały nieco w jej sercu czułość dla mnie, najbliższego krewnego, jaki jej pozostał.