Kiedy bawiłem w Genewie, mieszkałem u niej i bawiłem się szperaniem i przeglądaniem książek i papierów po wuju. Znalazłem tam wiele dokumentów i listy, jakich z pewnością nikt by się nie domyślał. Ciotka, która niewiele dbała o te szpargały, pozwoliłaby mi wszystko zabrać, gdybym zechciał. Zadowoliłem się paru dziełami komentowanymi ręką dziadka, pastora Bernard. Między innymi były tam pisma pośmiertne Rohaulta332 in 4°333, a margines ich pełen był doskonałych przypisków, które obudziły we mnie smak do matematyki. Księga ta została między książkami pani de Warens; zawszem żałował, że jej sobie nie zachowałem. Do tych dzieł dołączyłem kilka pamiętników w rękopisie i jeden drukowany; był pióra słynnego Micheliego Ducret334, człowieka wielkiego talentu, głębokiej wiedzy, ale niespokojnego umysłu. Ścigany nader okrutnie przez rząd genewski, umarł niedawno w fortecy Arberg, gdzie go więziono od wielu lat za udział, jak mówiono, w spisku berneńskim.

Pamiętnik ten była to dość bystra krytyka owego wielkiego i śmiesznego planu fortyfikacji, które częściowo przeprowadzono w Genewie ku wielkiemu pośmiewisku ludzi fachowych, nieznających tajemnego celu, jaki Rada miała w wykonaniu tego olbrzymiego przedsięwzięcia. Pan Micheli, wykluczony z komisji fortyfikacyjnej za to, iż zganił ten plan, mniemał, jako członek Rady Dwustu, a nawet jako obywatel, iż ma prawo wyrazić swe zdanie. Uczynił to w owym memoriale335, który miał nieostrożność wydrukować, jakkolwiek go nie wydał, kazał bowiem wybić tylko pewną ilość egzemplarzy, które rozesłał Radzie Dwustu i które wszystkie przejęto na poczcie na rozkaz Rady Mniejszej. Znalazłem ten memoriał w papierach wuja wraz z odpowiedzią, jaką polecono mu sporządzić, i zabrałem jedno i drugie. Owa podróż wypadła niedługo po moim wystąpieniu z klasztoru; utrzymywałem jeszcze pewne stosunki z adwokatem Coccelli, który stał na jego czele. W jakiś czas potem dyrektor komory wpadł na pomysł zaproszenia mnie, abym mu trzymał dziecko do chrztu; kumą miała być pani Coccelli. Te honory zawróciły mi w głowie; dumny z zażyłości z panem adwokatem, starałem się nadrabiać ważnością, aby się stać godnym tej chwały.

W tym celu uważałem, że nie mogę zrobić nic lepszego niż pokazać mu drukowany memoriał pana Micheli, egzemplarz w istocie rzadki. Chciałem go tym przekonać, że należę do sfery dygnitarzy genewskich, znających sekrety stanu. Przez jakąś wstrzemięźliwość, której motywy trudno by mi wytłumaczyć, nie pokazałem mu odpowiedzi wuja na memoriał; może dlatego, że była w rękopisie, jedynie zaś czcionki zdawały mi się godne pana adwokata. Zrozumiał wszelako tak dobrze wartość tego pisma, które w głupocie swej mu powierzyłem, że nigdy już nie zdołałem ujrzeć go na oczy, ani tym mniej odzyskać. Wreszcie, przekonany o bezużyteczności swych wysiłków, uczyniłem sobie zasługę z musu i zmieniłem kradzież w darowiznę. Nie wątpię ani chwili, że dobrze wyzyskał wobec dworu w Turynie ten okaz, bardziej ciekawy niż użyteczny, i że postarał się, aby mu w ten lub inny sposób z nawiązką zwrócono to, co rzekomo musiał go kosztować ten nabytek. Na szczęście ze wszystkich przyszłych koniunktur336 najmniej prawdopodobną jest, aby kiedy król Sardynii miał oblegać Genewę; że jednak nie ma w tym niemożliwości, całe życie będę sobie wyrzucał głupią próżność, przez którą odsłoniłem najsłabsze strony miasta jego odwiecznemu wrogowi.

Przebyłem w ten sposób dwa czy trzy lata pośród muzyki, lekarstw, projektów, podróży, bujając z jednej rzeczy na drugą, próbując się ustalić, ale nie wiedząc na czym, stopniowo wszelako wciągając się w nauki, odwiedzając literatów, słysząc rozmowy o literaturze, niekiedy samemu odważając się głos zabierać i przyswajając sobie raczej gwarę książek niż ich zawartość. W wycieczkach do Genewy odwiedzałem od czasu do czasu po drodze mego dawnego dobrego przyjaciela pana Simon, który bardzo podsycał mą rodzącą się emulację świeżutkimi nowinami z rzeczypospolitej literackiej, zaczerpniętymi ze starych kalendarzy. Widywałem też w Chambéry pewnego jakobina337, profesora fizyki, poczciwego mnicha, którego nazwiska zapomniałem. Pokazywał mi często małe doświadczenia fizyczne, które mnie szalenie bawiły. Postanowiłem za jego przykładem sporządzić sympatyczny atrament338. W tym celu, napełniwszy butelkę więcej niż do połowy niegaszonym wapnem, aurypigmentem339 i wodą, zatkałem ją dobrze. Natychmiast zawartość flaszki zaczęła się burzyć gwałtownie. Rzuciłem się ku flaszce, aby ją otworzyć, ale już było późno; wybuchła mi przed nosem jak bomba. Nałykałem się aurypigmentu, wapna; o mało nie przypłaciłem tego życiem. Zaniewidziałem przeszło na sześć tygodni; to mnie nauczyło, aby się nie brać do fizyki doświadczalnej, nie znając pierwszych jej zasad.

Przygoda ta wypadła bardzo nie w porę ze względu na moje zdrowie, które od jakiegoś czasu wybitnie się psuło. Nie wiem skąd pochodziło, że będąc z natury silnej kompleksji340 i nie dopuszczając się żadnych ekscesów, nikłem w oczach. Jestem dość dobrej budowy, pierś mam szeroką, płuca mają gdzie oddychać. Mimo to cierpiałem na krótki oddech, czułem jakiś ucisk, wzdychałem mimo woli, miewałem bicie serca, plułem krwią; do tego przyłączyła się trawiąca gorączka, której się nigdy całkowicie nie wyzbyłem. Jak można popaść w ten stan w kwiecie wieku, bez uszkodzenia żadnego organu, nic nie uczyniwszy dla zniszczenia zdrowia?

„Miecz zużywa pochwę” — powiada przysłowie. To i moje dzieje. Namiętności dawały mi życie, namiętności też mnie zabiły. Jakie namiętności? powie ktoś. Nic, błahostki, rzeczy najbardziej nikłe pod słońcem, ale którymi przejmowałem się, jak gdyby chodziło o zdobycie Heleny albo tronu wszechświata. Przede wszystkim kobiety. Odkąd posiadałem jedną, zmysły moje uspokoiły się, serce nigdy. Potrzeba miłości pożerała mnie na samym łonie rozkoszy. Miałem tkliwą matkę, ukochaną przyjaciółkę, ale trzeba mi było kochanki. Wyobrażałem ją sobie w mych objęciach na miejscu mamusi; kształtowałem ją w tysiączne sposoby, aby się nasycać tą odmianą. Gdybym obejmując mamusię, miał świadomość, że ją właśnie trzymam w ramionach, uściski moje nie byłyby z pewnością mniej żywe, ale wszystkie żądze moje zgasłyby; szlochałem z czułości, ale nie czułem się szczęśliwy. Szczęście! Czyż ono jest kiedy udziałem człowieka? Ach! gdybym jeden jedyny raz w życiu zakosztował w całej pełni rozkoszy miłości, nie wyobrażam sobie, aby moje istnienie mogło jej nastarczyć; wyzionąłbym ducha na miejscu.

Trawiłem się tedy miłością bez przedmiotu, a w ten właśnie sposób wyczerpuje ona najwięcej. Byłem niespokojny, dręczyłem się złym stanem interesów mamusi, jej nierozwagą, która nieuchronnie musiała w krótkim czasie sprowadzić na dom ruinę. Moja okrutna wyobraźnia, która zawsze uprzedza nieszczęście, wciąż ukazywała mi tę ostateczność w całej okropności i wszystkich jej następstwach. Widziałem z góry siebie rozdzielonego wskutek nędzy z tą, której poświęciłem życie i bez której nie miało ono powabu. Oto jakie wzruszenia miotały mą duszą. Pragnienia i obawy pożerały mnie.

Muzyka stanowiła inną namiętność, mniej gwałtowną, ale nie mniej wyczerpującą, przez zapał, z jakim się jej oddawałem; przez zaciekanie się w zawiłych książkach Rameau; przez mój niezłomny upór w tym, aby ogarnąć je pamięcią, która wzdragała się nie mniej uparcie; przez moje nieustanne wędrówki i olbrzymie kompilacje, jakie gromadziłem, trawiąc noce na kopiowaniu. Czy ja wiem zresztą, co jeszcze? Lada szaleństwo, które przemknęło przez niesforną głowę, lada przelotne zachcenie, podróż, koncert, kolacja, zamierzona przechadzka, przeczytana powieść, komedia — wszystko stawało się natychmiast namiętnością, która w śmiesznym zacietrzewieniu rzucała mnie na pastwę najprawdziwszych cierpień! Lektura urojonych nieszczęść Clevelanda341, podjęta z furią i często przerywana, więcej, przypuszczam, zepsuła mi krwi niż wszystkie własne niedole.

Bawił w miasteczku pewien genewczyk, nazwiskiem Bagueret, który dawniej, za Piotra Wielkiego, był urzędnikiem przy dworze w Rosji; licha figura, przy tym jeden z największych szaleńców, jakich zdarzyło mi się oglądać, zawsze pełen projektów równie wariackich jak on sam, u którego miliony leciały z nieba jak deszcz, ile że zera nic go nie kosztowały. Ten człowiek, przybywszy do Chambéry dla jakiegoś procesu, opętał, jak łatwo sobie wyobrazić, mamusię, i za bogactwa swoich zer, którymi raczył ją hojnie, wyciągał z niej, sztuka po sztuce, jej biedne talary. Nie lubiłem go; widział to; ze mną nie było to trudno. Otóż, nie było służalstwa, którego by nie próbował, by mnie ugłaskać. Wpadł na pomysł nauczenia mnie szachów, w które grywał nieco. Spróbowałem prawie wbrew woli, ale skoro tylko nauczyłem się jako tako poruszeń, czyniłem tak szybkie postępy, że pod koniec pierwszego seansu dawałem mu wieżę for342, którą on mi dawał na początku. Nie trzeba było więcej: zwariowałem na punkcie szachów. Kupuję sobie szachownicę, podręcznik, zamykam się w pokoju, trawię dnie i noce, usiłując się wyuczyć na pamięć wszystkich partii, wpakować je sobie w głowę dobrowolnie lub przemocą, grywając sam ze sobą bez wytchnienia. Po dwóch czy trzech miesiącach tej pięknej pracy i niepojętych wysiłków idę do kawiarni, wychudły, żółty, niemal ogłupiały. Próbuję się z Bagueretem, ponawiam próbę — bije mnie raz, dwa razy, dwadzieścia razy. Tyle kombinacji pomieszało mi się w głowie; mózg miałem tak osłabiony, że ciemno mi się po prostu robiło przed oczami. Za każdym razem, kiedy z książką Philidora343 albo Stammy344 chciałem ćwiczyć się w rozgrywaniu partii, przytrafiło mi się to samo: wyczerpawszy się wysiłkiem, zamiast grać lepiej, grałem gorzej niż wprzódy. Zresztą, czy zaniedbywałem szachy, czy też, grywając więcej, znów przypominałem je sobie, nigdy o włos nie postąpiłem poza ten pierwszy sukces i zawsze odnalazłem się w tym samym punkcie. Gdybym się ćwiczył tysiąc wieków, wszystko, co mógłbym osiągnąć, byłaby wieża for Bagueretowi i nic więcej. To mi piękne użycie czasu! powiecie. A wierzajcie mi, zużyłem go niemało. Przerwałem tę pierwszą próbę dopiero wówczas, kiedy mi już zupełnie sił nie stało. Kiedy wyszedłem wreszcie z pokoju, wyglądałem jak nieboszczyk i z pewnością przy tym trybie byłbym nim został niedługo. Przyznacie, że z taką głową trudno, zwłaszcza w zapalnej młodości, cieszyć się jednostajnie dobrym zdrowiem.

Zaburzenia zdrowia oddziałały wybitnie na mój humor i ostudziły zapał fantazji. Czując się słabszy, stałem się spokojniejszy i wyzbyłem się nieco podróżomanii. Siedzący tryb życia sprowadził na mnie nie nudę, ale melancholię. Miejsce dawnych wybuchów zajęły wapory; omdlałość przeszła w smutek; płakałem i wzdychałem bez powodu; miałem uczucie, że życie mi ucieka, nim go pokosztowałem; wzdychałem nad losem, w jakim zostawiam biedną mamusię, nad niedolą, która niebawem ją czeka; mogę powiedzieć, że opuścić ją i wydać na łup nieszczęścia było jedynym mym żalem. Wreszcie rozchorowałem się zupełnie. Pielęgnowała mnie tak, jak żadna matka nie pielęgnowała dziecka; co i jej wyszło na pożytek, odrywając ją od projektów i usuwając z domu wyzyskiwaczy. Jakie słodką byłaby mi śmierć, gdyby przyszła w tej chwili! Jeśli mało zakosztowałem słodyczy życia, niewiele też zaznałem jego nieszczęść. Dusza moja mogła spokojnie odejść, bez okrutnego poczucia ludzkiej niesprawiedliwości; poczucia, które zatruwa zarówno życie, jak śmierć. Miałem tę pociechę, iż przetrwam, w lepszej mej połowie, samego siebie: czyż to można nawet nazwać śmiercią? Gdyby nie niepokój o los mamusi, byłbym umarł tak jak się zasypia; a i ten niepokój nawet miał za przedmiot istotę serdeczną i czułą, która czyniła, co mogła, aby złagodzić jego gorycz. Mówiłem jej: „Oto w twe ręce składam całe me istnienie; spraw, aby było szczęśliwe”. Kilka razy, kiedy czułem się najgorzej, zdarzało mi się wstać w nocy i powlec do pokoju mamusi, aby udzielać jej rad pełnych słuszności i rozsądku, ale w których troska o jej los brała prym przed wszystkim innym. Łzy były jak gdyby mym pożywieniem i lekarstwem; skrzepiałem się, wylewając je obficie przy niej, z nią, siedząc na jej łóżku i tuląc jej ręce w moich. Godziny upływały na tych nocnych rozmowach, a wracałem z nich zdrowszy niż przedtem. Uspokojony i rad z przyrzeczeń, które mi uczyniła, z nadziei, jakie mi dała, zasypiałem z błogością w sercu i ufnością w Opatrzność. Dałby Bóg, aby przy tylu przyczynach nienawidzenia życia, po tylu burzach, jakie wstrząsnęły mym istnieniem, czyniąc mi je okrutnym ciężarem, śmierć, która ma je zakończyć, zamknęła mi oczy równie łagodnie, jak to mogła uczynić wówczas!